Niestety, z punktu widzenia polskich interesów doszła okoliczność fatalna — trudno sobie wyobrazić gorszy moment na eksplozję wieści o zamrożeniu przez Komisję Europejską (KE) miliardów na inwestycje drogowe. Rządy państw płatników netto zyskały bardzo nośny argument do utwierdzenia się w żądaniach cięć budżetu UE. Małą pociechą jest pewne złagodzenie podejścia Davida Camerona i jego aliantów do polityki spójności.
Podjęte przez rząd działania rozpraszające są równie nerwowe, co spóźnione. Premier Donald Tusk i europosłowie PO stawiają karkołomną wręcz tezę, że głośne zamrożenie unijnych pieniędzy na drogi może… tylko nam pomóc i umocnić pozycję Polski! Kładą nacisk na fakt, że to krajowe organy ścigania wywołały rutynową reakcję KE. Według rządowej propagandy z tarczą wrócili także w piątek z Brukseli ministrowie Elżbieta Bieńkowska i Sławomir Nowak, którzy od komisarza ds. polityki regionalnej Johannesa Hahna uzyskali obietnicę, że „gdy tylko KE otrzyma od Polski wyjaśnienia w sprawie ewentualnych nieprawidłowości, odblokuje zamrożone środki, a może to nastąpić na przełomie lutego i marca”. Skoro o zamiarze zatrzymania przez KE pieniędzy było wiadomo od 21 grudnia, to trudno pojąć, czemu rząd dopuścił do wybuchu, który odbił się głośnym echem u płatników netto.