Plecy i pomocna dłoń

Marlena Gałczyńska
opublikowano: 2003-04-25 00:00

Proszę spojrzeć na moje dłonie. To zrobił pożar... Czy o tym chce pani pisać? — spytał Waldemar Gasper, kiedyś prezes Telewizji Familijnej, teraz szef WG Communications. Chciałam.

— Wypadek przeżyłem z rodziną. Skończyła się szczęśliwie i pewnie dlatego mogę traktować tę historię jak męską przygodę. Ale kiedy do niego doszło... Koszmar, do którego nie chcę wracać! Czy ten wypadek odmienił mój system wartości czy psychikę? Nie, moja hierarchia wartości pozostała stabilna: na pierwszym miejscu dom i rodzina, a potem kariera, praca... Także dzięki temu, w sytuacji gdy miałem pół minuty na decyzję, w momencie absolutnego zagrożenia wiedziałem, co robić — wspomina z lekkim wahaniem Waldemar Gasper.

Pechowy krawężnik

Dwa dni służbowych spotkań w Amsterdamie, powrót via Paryż. Weekend plus dwa dni urlopu. Ostra praca, ale i wieczory z przyjaciółmi, spacery, kawa nad Sekwaną. Czwartek: analizy, podsumowania, plany. Upadła w Amsterdamie, kiedy wracała z kolacji. Nie pamięta bólu, tylko zdziwienie wyglądem wykręconej o 45 stopni prawej stopy. Kiedy klęknął przy niej chirurg — Anglik na wakacjach — po jego minie poznała, że nie jest dobrze...

— W szpitalu okazało się, że to skomplikowane, trójkostkowe złamanie, a operacja — nieunikniona. Chciałam do Warszawy. Wpakowano mi nogę w gips i wręczono kule, zresztą najbardziej eleganckie, jakie widziałam — wspomina Dorota Zawadzka, rzecznik prasowy UPC.

Warszawskie biuro już o wszystkim wiedziało — na gwałt załatwiano podróż powrotną, szpital i lekarzy. Zjawił się szef i zajął wszystkim — bagażami, przewiezieniem na lotnisko, pocieszaniem.

Następne dni i tygodnie to oczekiwanie na operację i obawa — co dalej... Stres pojawił się trochę później. Podłoże? Nieustający ból, który sprawiał, że każdy wysiłek był wyczynem. I wiadomość: pobyt w szpitalu się przedłuży, a potem tygodnie w domu i rehabilitacja! A komunikaty, spotkania, raporty? Nagłe remedium: biuro w domu. Maile, z czasem spotkania biznesowe i wewnętrzne działu.

We wrześniu, po prawie dwóch miesiącach wróciła do pracy. O kulach. Stres też wrócił — jak i ból w połamanej nodze. Po miesiącu znów zwolnienie i znów biuro w domu. Codziennie kilka godzin trzeba było znaleźć na rehabilitację. Coraz bardziej irytowały kule: nie miała prawa stąpać chorą nogą przez cztery miesiące.

Ludzie wokół

Czuła wsparcie firmy, szefa, działu. Także logistyczne: załatwienie wizyt u lekarza, szpitala i drobnych, ale ważnych spraw, o których wiedzą tylko ci, co przeleżeli kilka tygodni w domu. Zainteresowanie: prawdziwe, życzliwe.

Kiedy okazało się, że do pełnej formy tak daleko jak kilka tygodni wcześniej, poczuła się zmęczona. Pomyślała o rozstaniu z firmą: „UPC potrzebuje rzecznika i szefa działu codziennie, a ja nie wiem, kiedy wrócę do pracy”. Ale utrzymywali: „Wrócisz, kiedy dasz radę”. Pomagało. I w tym, że kiedy parę razy usłyszała, że to „poważne złamanie” i „staw będzie się usztywniał, proszę nie przeciążać nogi, proszę nie biegać, nic ciężkiego nie nosić”, przyjęła to spokojnie.

— Bo mogę liczyć na mój zespół. I że mój szef jest także kimś, na kogo mogę liczyć w ciężkich chwilach. To odpowiedź na pytanie: „Czy znalazłam się w odpowiedniej firmie w odpowiednim czasie?” — puentuje Dorota Zawadzka.

Nawet konkurenci

Środowisko biznesowe w skrajnych sytuacjach, jak wypadki, zazwyczaj okazuje się pomocne, solidarne. Czasem firmy zwracają się do psychoterapeutów, by zajęli się kolegą czy koleżanką z pracy.

Pomagają. Waldemar Gasper potwierdza:

— Nie doświadczyłem ostracyzmu. Przeciwnie. Kiedy pojawił się komunikat o potrzebie krwi dla mnie, w szpitalu zaczęły ustawiać się kolejki. Przyszli nawet konkurenci z rynku... Trzy tygodnie po moim wyjściu ze szpitala, biuro zarządu TV Familijnej przeniosło się do mnie do domu. Nie chciałem rzucać pracy. Tak naprawdę moja robota oznaczała udziwnienie obowiązków dla wszystkich. Miałem problemy z poruszaniem się, więc współpracownicy pomagali mi chodzić, nosili za mną rzeczy. Asystentka robiła mi opatrunki i dbała o przyjmowanie lekarstw. To wszystko było bardzo trudne, ale cała moja historia należy do optymistycznych.

Ci obcy

Od solidarności środowisk biznesowych są jednak niechlubne wyjątki. Pani Katarzyna nie chciała rozmawiać, w końcu poprosiła o zmianę personaliów oraz branży, w której działała.

— Po śmierci męża przejęłam rodzinne przedsiębiorstwo — średnią firmę w branży spożywczej. Miałam spore zyski, pojawiły się inwestycje. Zajmowałam się wąską specjalizacją, więc środowisko zawodowe było niezbyt duże; pozostawałam w nim znana i lubiana. Do czasu. W wypadku samochodowym zginął mój kierowca. Uszłam z życiem, ale z poważnym uszkodzeniem kręgosłupa i obrażeniami wewnętrznymi. Po pół roku w szpitalu czekała mnie powolna rehabilitacja. Ale uniknęłam wózka inwalidzkiego! — wspomina.

Przedsiębiorstwo zaczęło przynosić straty. Podczas nieobecności chorej, myszy harcowały: rażące zaniedbania mieszały się z fatalnym zarządzaniem. Była przerażona. Z inwestycji trzeba było się wycofać, co zresztą powodowało dodatkowe koszty. Firma zbankrutowała.

— Środowisko zawodowe, z którym dotąd tyle mnie łączyło, nagle stało się zbyt zajęte, by mi pomóc. Mnie jest raczej trudno o pomoc prosić — pisze w mailu pani Katarzyna.

Czy to była obojętność? Może zwykłe draństwo. Albo brak wrażliwości. Ale niekoniecznie. Niekiedy środowisko obawia się proponować pomoc, by nie zranić, pakować się z buciorami w cudze życie. Bywa też, że ludzie są zbyt zabiegani, nieuważni. Ale nie z lodu. Wtedy nie wstyd o pomoc poprosić.

Ewa Chalimoniuk

psychoterapeutka z Laboratorium Psychoanalitycznego w Warszawie

Ludzie na stanowiskach często utożsamiają wypadki, choroby czy śmierć bliskiej osoby

z osobistą porażką, policzkiem od życia. To tabu. Na co dzień są przecież silnymi, podziwianymi ludźmi sukcesu. Niekorzystne zrządzenie losu — myślą — zagrozi ich wizerunkowi, pozycji, a w rezultacie — interesom. Dla biznesmena dbałość o wizerunek jest często ważniejsza niż on sam, a ambicja nierzadko bierze górę nad innymi aspektami życia.

Możesz zainteresować się również: