Można się tylko domyślać, po co Jarosław Kaczyński zwoływał sobotnie plenum Rady Politycznej PiS, skoro z góry zakładał, że w uchwale intencyjnej nie zostaną wymienione z nazwy ugrupowania, z którymi Prawo i Sprawiedliwość utworzy koalicję rządową. Przypuszczalnie chodziło mu o legitymizację tego, co już dawno postanowił. Jeszcze 18 marca nie potrzebował żadnej uchwały do ogłoszenia planu skrócenia kadencji Sejmu, mającego następstwa idące nieporównanie dalej niż zawarcie koalicji. I zrobił to w takim stylu, że zebrani w Sali Kongresowej obwołali go Prawdziwym Przywódcą IV RP. Jednak w czwartek poniósł w Sejmie dotkliwą porażkę, którą potraktował jako nauczkę.
Koncepcja rządowej koalicji PiS z Samoobroną, PSL i może (ale to bardzo wątpliwe) z LPR nie jest żadną nowością. Przecież 10 listopada 2005 r. dokładnie te partie (wraz z kilkoma posłami niezrzeszonymi) przegłosowały stosunkiem 272:187 wotum zaufania dla rządu Kazimierza Marcinkiewicza, co przypomina zdjęcie. Później z tzw. paktu trzech, bezzasadnie zwanego stabilizacyjnym, wyrugowane zostało PSL, ale cierpliwość chłopów z Grzybowskiej (termin ten zachowuje aktualność, mimo sprzedaży siedziby) zapewne zostanie wynagrodzona i to oni zastąpią nieobliczalnego Romana Giertycha. Układ PiS z Samoobroną i PSL dysponuje 236 mandatami, co wystarcza do rządzenia. Pogodzenie w jednym gabinecie dwóch walczących ze sobą partii chłopskich jawi się kwadraturą koła, ale nie jedyną.
Paradoksem jest powściągliwość, czy wręcz milczenie, jedynego uprawnionego do wnioskowania o zmiany w rządzie, czyli premiera. Chociaż — to właściwie naturalne, bo Kazimierz Marcinkiewicz o najważniejszych sprawach po prostu się dowiaduje od Jarosława Kaczyńskiego. Najpierw, 27 września, o tym, że zostaje premierem. Wkrótce zapewne usłyszy, że występuje do prezydenta o powołanie na wicepremiera Andrzeja Leppera, wspólnie z którym będzie zaprowadzał w Polsce prawo i sprawiedliwość. A kiedyś tam dowie się z prezesowskich ust, że właśnie składa dymisję. Co naprawdę o tym wszystkim myśli — tylko on sam wie. Ja w każdym razie wciąż nie wychodzę ze zdumienia po usłyszeniu 31 marca w Zurychu wypowiedzi Kazimierza Marcinkiewicza dla The Institute of International Finance (wyemitowała to TVP): „W Polsce mamy dosyć dogodną sytuację, bo parlament jest bardzo skłócony i w związku z tym najważniejsze sprawy, jakie są do wprowadzenia w Polsce, przechodzą bardzo łatwo”.
Z innego wystąpienia premiera, tym razem do członków Le Mouvement des Entreprises de France (MEDEF), czyli najpotężniejszej francuskiej organizacji biznesowej, wyłowiłem inną cenną informację — jaki mianowicie horyzont czasowy szef rządu ogarnia marzeniami. Otóż sięga znacznie dalej, niż jego pryncypał Jarosław Kaczyński, montujący obecnie koalicję do końca planowej kadencji, czyli do roku 2009. Premier zaczął wypowiedź tak: „Wyobraźmy sobie, że jest rok 2013, Polska umiejętnie wykorzystała 91 mld EUR z budżetu unijnego…” I dalej roztoczył wizję gospodarczych szklanych domów. Oczywiście nie padło, że w owym 2013 roku śmietankę będzie spijał na pewno dzisiejszy rząd, ale intencja była aż nadto czytelna.
Na razie jednak mamy dopiero rok 2006. 30 kwietnia gabinet Marcinkiewicza obchodził będzie półrocznicę. To wyborna okazja do kolejnych igrzysk, przebijających rozmachem pamiętną fetę urządzoną z okazji studniówki. Tym bardziej, że nie później niż 25 kwietnia (początek najbliższego posiedzenia Sejmu) wreszcie ma powstać rząd większościowy na miarę IV Rzeczypospolitej.