W górę: Jerzy Podsiadło
Państwowy Węglokoks dotychczas jest firmą handlową, ale zgodnie z decyzjami rządowymi właśnie staje się także produkcyjną, przejmując co najmniej sześć z 14 kopalń reorganizowanej Kompanii Węglowej (KW). Prezes Jerzy Podsiadło podejmuje się roli biznesowego siłacza, dźwigającego polityczny plan ratowania nie tylko KW, lecz w ogóle polskiego przemysłu węglowego. Niniejszy wektor miesiąca w górę otrzymuje na kredyt, przede wszystkim za... optymizm. Gigantycznym zadaniem prezes wcale się nie przejmuje. Węglokoks ma już biznesplany dla przejmowanych kopalń, przeprowadził wyceny i sprawdzające testy. Tempo i powodzenie restrukturyzacji w znacznym stopniu zależą jednak od współpracy zarządu z czującymi się bardzo pewnie związkami zawodowymi. Pierwszą miną może się okazać wprowadzanie sześciodniowego tygodnia pracy, oczywiście dla kopalń, a nie dla górników. Następne, także tykające, to zmniejszenie zatrudnienia i powiązanie części wynagrodzeń z efektami pracy. Ich rozbrojenie ma sprawić, że sześć przejmowanych kopalń do końca roku osiągnie łączny wynik, według prezesa, „w okolicach zera”. Jeśli tak się rzeczywiście stanie, powtórny wektor w pierwszym wydaniu „PB Weekendu” w 2016 r. — gwarantowany.
W dół: Iwona Sulik
Zaledwie cztery miesiące była rzeczniczką prasową rządu Ewy Kopacz, oficjalnie tytułowaną przez szefową przyjaciółką. Wyleciała z powodu utraty przez panią premier zaufania po incydencie trzeciorzędnym — ujawnieniu udziału Iwony Sulik w ubiegłorocznych płatnych szkoleniach, a właściwie konsultacjach dla posłów m.in. z opozycji. Co bardzo ważne — dotyczyło to okresu, gdy rzeczniczka pracowała z szefową nie w rządzie, lecz jeszcze w Sejmie. Po przejściu na stanowisko prezesa Rady Ministrów marszałek Ewa Kopacz zabrała ze sobą kilka najbardziej zaufanych osób (oprócz rzeczniczki, także szefową gabinetu i najbliższego doradcę). Teraz je wyrzuciła, uznając całą ekipę za politycznie podejrzaną. Przypadek Iwony Sulik dowodzi, że zawodowe przyklejenie się do szefa często nie ma żadnego sensu. Budowanie pozytywnego wizerunku premiera to zadanie znacznie trudniejsze od podobnej pracy dla marszałka Sejmu. Rzeczniczka rządu powinna odejść wcale nie z powodu incydentu, lecz za generalny brak kwalifikacji. Ta nieudana próba zapisuje się w historii obejmowania przez dziennikarzy, ze względu na kurczenie się rynku pracy w mediach, stanowisk rzeczników w administracji państwowej i w biznesie.
Sukces: Prasa wreszcie upomniała się o swoje
Po latach cierpliwego znoszenia bezkarności cyfrowego rabunku intelektualnego prasa drukowana zwarła szyki i tego samego dnia wprowadziła w wielu tytułach jednolitą notę wydawniczą z oznaczeniami tekstów symbolami i , wyznaczającymi granice ich dalszego kopiowania, cytowania i omawiania. „Puls Biznesu” jest sygnatariuszem tego porozumienia, w którym uczestniczą m.in. „Rzeczpospolita” i „Dziennik Gazeta Prawna”. Rozkwit cyfrowego kopiowania pozbawia posiadaczy praw autorskich jakiejkolwiek ochrony. Polskie prawo w tej dziedzinie się nie sprawdza, co wywołuje mylne wrażenie coraz liczniejszych mediów elektronicznych, że nie obowiązują ich żadne zasady. Skutkuje to coraz mniejszą dochodowością wydawnictw prasowych, które wreszcie postanowiły przerwać bierne przyglądanie się piłowaniu gałęzi, na której wspólnie siedzą.
W górę: Krzysztof Krystowski
Dobrze znany w branży lotniczej i obronnej 43-letni menedżer został prezesem i dyrektorem zarządzającym PZL-Świdnik. Akcentujemy wiek, ponieważ mając lat 31 został wiceministrem gospodarki, odpowiadającym m.in. za restrukturyzację przemysłu obronnego i lotniczego oraz offset. Później był m.in. menedżerem w lotniczej grupie Avio, w latach 2012-13 prezesem Bumaru, a później Polskiego Holdingu Obronnego. Odwołany został nagle, ale pozostał w branży i teraz wrócił na stanowisko prezesa w konkretnej firmie. Pełni kilka funkcji w organizacjach biznesowych, jest m.in. prezesem Związku Klastrów Polskich i jednym z wiceprezydentów Pracodawców Rzeczypospolitej Polskiej. Prezesura Świdnika jest dla Krzysztofa Krystowskiego udanym lądowaniem po podejściu z kolejnego kręgu.
W dół: Tomasz Zaboklicki
Rysa — miejmy nadzieję, że tylko przejściowa — na wizerunku menedżera, który ostatnio był symbolem biznesowego sukcesu i zbierał wszelkie możliwe wyróżnienia. Bydgoska Pesa wyprodukowała za 140 mln zł tuzin spalinowych zespołów trakcyjnych dla Niemiec, ale składy nie wyjechały na tory z powodu braku homologacji. Tym sposobem Pesa może gorzko uścisnąć rękę Bombardierowi oraz Alstomowi, producentowi słynnego Pendolino dla polskiego Intercity. Odnotowując tym wektorem niepowodzenie bydgoskiej firmy, życzymy zarazem, aby problemy homologacyjne nie odbiły się negatywnie na kolejnym ważnym kontrakcie dla Niemiec, tym razem wartym docelowo nawet 1,2 mld EUR.
Sukces: Stracone złudzenia.
Napisy na szwajcarskich banknotach umieszczone są w czterech urzędowych językach: niemieckim, francuskim, włoskim i retoromańskim. Kredytobiorcy znad Wisły zapomnieli, że polskiego wśród nich nie ma…
Porażka: Frankowym kredytobiorcom zawalił się świat
Dla ponad pół miliona Polaków spłacających kredyty hipoteczne denominowane we frankach szwajcarskich (CHF) 15 stycznia 2015 r. okazał się datą tak czarną jak dla światowej gospodarki 15 września 2008 r., gdy upadł bank inwestycyjny Lehman Brothers. Skala obu kryzysów rzecz jasna jest nieporównywalna, ale ich wspólnym mianownikiem było rozsypanie się miraży, że w świecie finansów istnieją jakieś pewniki. CHF zasadnie miał opinię najtwardszej waluty świata. Na tej opoce może nawet dwa miliony — licząc z rodzinami — Polaków posadowiło swoje mieszkania i domy. Od kilkunastu lat kuszący kredyt frankowy był od złotowego zdecydowanie tańszy, a poza tym łatwiejszy do uzyskania. Nagłe wycofanie się banku centralnego Szwajcarii ze zbijania kursu CHF miało taki skutek, że w Polsce w jeden dzień o 60 zł wzrósł koszt spłaty każdych 100 franków kredytu. Część zszokowanych kredytobiorców zamierza walczyć z bankami sądownie, ale lepszym wyjściem wydaje się porozumienie i ułożenie rat na nowo. Uderzeni nagle po kieszeni nie mogą udawać, że decydując się w XXI wieku na kredyty w walucie innej, niż na co dzień zarabiają, nie mieli pojęcia o ryzyku kursowym. Inna sprawa, że banki bezwzględnie wykorzystywały swoją przewagę informacyjną i stosowały procedury niedozwolone, nawet wobec klientów wzorowo spłacających raty.