Miał być trenerem pływania, ale został wokalistą. Teraz Artur Rojek sprawdza się w nowej roli.
Lider zespołu Myslovitz Artur Rojek w zeszłym roku zadebiutował jako organizator muzycznego Off Festiwalu w swoim rodzinnym mieście. Zaprosił 40 kapel, czym zwabił na Śląsk około 10 tys. ludzi.
W sierpniu odbędzie się druga edycja Rojkowej imprezy. Zagrają polskie gwiazdy, m.in. Dezerter, Kasia Nosowka, O. S. T. R. oraz zagraniczni goście, tacy jak: Low Frequency in Stereo z Norwegii, Piano Magic z Wielkiej Brytanii, Architecture in Helsinki z Australii czy Port Royal z Włoch.
— Chcę z tej imprezy zrobić festiwal sztuki. W Mysłowicach poza muzyką będą wystawy obrazów, projekcje wideo, pokazy filmów czy międzynarodowe targi wolontariatu — zapewnia Artur Rojek.
Nie jest to impreza charytatywna. Za jeden dzień uczestnictwa w festiwalu trzeba zapłacić 35 zł.
— Kiedy ludzie płacą za koncert, bardziej szanują naszą pracę. Poza tym na biletowanych imprezach nie zdarzają się przypadkowi słuchacze — uważa Artur Rojek.
Życie to surfing
Wszystko co robi, wiąże się z muzyką. Ale nie zawsze tak było. Rojek z wykształcenia jest trenerem pływania. Do 1987 r. trenował dwa razy dziennie i często wyjeżdżał na obozy sportowe.
— Całą szkołę podstawową i liceum spędziłem na basenie. Miałem indywidualny tryb nauczania. Pasowało mi, bo często omijały mnie nudne matematyki i fizyki — wspomina Artur Rojek.
Ale przyszedł moment, w którym postanowił, że kończy ze sportem, choć był mistrzem Polski juniorów młodszych na 400 m kraulem i zdobył dwa brązowe medale na 100 m i 200 m grzbietem.
— Po serii małych sukcesów zacząłem przegrywać. Jak wskakiwałem do wody, brakowało mi powietrza i wszystko chrzaniłem. Pływałem do 17. roku życia. Dłużej nie mogłem i nie chciałem — mówi Rojek.
Nie zmienię się
Poszedł na studia na AWF. Już wtedy kochał się w brytyjskich dźwiękach. Słuchał The High, Inspiral Carpets, Happy Mondays, Ride czy The Housemartins.
— Mama kupiła mi pierwszą gitarę. Na niej nauczyłem się grać. Potem nabyłem jazzowego Mansfelda za własne duże pieniądze wygrane na festiwalu Mokotowska Jesień Muzyczna w 1994 r. Pojechałem po niego specjalnie do fabryki do Nowego Targu — wspomina artysta.
Na pierwszym roku studiów założył pierwszą kapelę The Freshmen.
— Przez ciągłe treningi nie znałem ludzi ze swojego miasta, więc podszedłem kiedyś na ulicy do człowieka, o którym wiedziałem, że gra na gitarze. Powiedziałem mu, że zakładam zespół. Zapytałem, czy nie chce ze mną grać — wspomina Artur Rojek.
Okazało się, że Wojtek Powaga chciał z nim grać. Potem dołączył do nich Marcin Porczek i Rafał Cieślik. Nagrania z tamtych czasów się nie zachowały. W ówczesnym składzie kapela nie zagrała też koncertu. Artur nie mógł dogadać się z chłopakami. Marcina Porczka i Rafała Cieślika szybko zastąpili bracia — Jacek i Wojtek Kuderscy.
— Jacka wypatrzyłem w autobusie. Jeździłem na uczelnię i często widywałem kolesia wyglądającego na takiego, co słucha niezłej muzyki. Pamiętam, że zawsze miał fajne buty. Zaraz potem przyprowadził brata i złożył się nowy, fajny skład — opowiada Artur Rojek.
Pierwszy raz The Freshmen wystąpił w studenckim klubie Olimp przy AWF Katowice. Grali przed popularną w Mysłowicach kapelą Generał Stilwell.
— Strasznie ten występ schrzaniliśmy. Załamani poszliśmy do organizatora, żeby pozwolił nam jeszcze raz wejść na scenę. Zgodził się. Drugi koncert zagraliśmy znacznie lepiej — śmieje się wokalista.
The Freshmen powoli stawał się rozpoznawalną marką. Coraz więcej osób pojawiało się na koncertach i dobrze się bawiło.
— Wtedy nie przypuszczaliśmy, że nasza działalność może się rozwinąć na szeroką skalę — mówi Artur.
Lubię się schować
Artur obronił pracę dyplomową po ośmiu latach od rozpoczęcia studiów. Uczył wf. w szkole w Mysłowicach.
— Ważne, że mogłem brać bezpłatny urlop, kiedy chciałem. Gdy graliśmy koncert, nie było problemu z wolnym dniem. Dopiero po trzeciej płycie zrezygnowałem z pracy w szkole. Byłem tam dlatego, że nie miałem pewności, czy wyżyję z muzyki — mówi artysta.
Bardzo długo traktował siebie, jak osobę niepracującą.
— Czułem, że robię coś mało poważnego. Wszystko toczyło się za łatwo, za szybko. Muzyczna przygoda nie przypominała pracy na basenie, gdzie trening wymagał wysiłku i wyrzeczeń. Miałem inne wyobrażenie o ciężkiej pracy i systematyczności. Dlatego długo nie wierzyłem, że zabawa z muzyką może być czymś na stałe, na poważnie — mówi Artur.
Może to dziwić, skoro zespół sprzedał setki tysięcy płyt i wylansował wiele przebojów, jak choćby narodowego hita „Długość dźwięku samotności”, którego tekst do dziś nuci niemal cała Polska. Do Artura Rojka jednak to nie przemawiało.
— Kiedy dziennikarze podczas wywiadów mówili, że to taka fajna płyta, myślałem, że chcą być po prostu mili, rozluźnić atmosferę i zrobić mi przyjemność — wspomina.
Po latach ciężkiej pracy zespół zapowiedział, że w 2008 r. planuje przerwę w działalności koncertowej. Wolny czas panowie z Myslovitz chcą spędzić z rodzinami.
— Trochę odpoczniemy, a potem pewnie nagramy kolejną płytę — mówi artysta. n
Muzyczne liczby:
200
tys. egz. W takim nakładzie sprzedał się album „Miłość w czasach popkultury” i zyskał status podwójnej platyny.
7
Tyle w sumie Fryderyków zdobył zespół.
20
tys. Tyle osób świętowało 1 września na kąpielisku Słupna w Mysłowicach 10. urodziny zespołu.
Kultura wkracza do Mysłowic
Off Festiwal — muzyczno- -kulturalna impreza lidera zespołu Myslovitz, Artura Rojka, który w ubiegłym roku zadebiutował w roli jej organizatora. W tym roku od 17-19 sierpnia odbędzie się druga edycja festiwalu. Za karnety trzeba zapłacić od 35 do 55 zł, za pole namiotowe 15 zł za dobę. Na trzech scenach: dużej, leśnej i scenie Machiny przez trzy dni, zagra i zaśpiewa kilkudziesięciu artystów z całego świata. Atrakcją będą nie tylko znakomite koncerty, ale także warsztaty muzyczne, na których można nauczyć się tego, jak zostać wydawcą. Trzeci dzień imprezy w Mysłowicach poświęcony będzie sztuce współczesnej. Pod hasłem IndustrialArt odbędą się wystawy malarskie, projekcje filmów i działania street artowców.
