Pod Krzyżem Południa

Agnieszka Rodowicz
26-03-2010, 00:00

Kiedy samolot zbliża się do Borneo, mniejsze wyspy rozrzucone na Morzu Południowochińskim wyglądają jak ciasteczka z makiem. Kremowe od piasku, nakrapiane czarnym cieniem palm kokosowych.

Resort Rasa Ria leży kilka kilometrów od Kota Kinabalu — to stolica stanu Sabah i jedna z dwóch malezyjskich części wyspy. Idylliczna plaża w zatoce, 420 luksusowych pokoi, sześć restauracji, dwa bary, dwa baseny, spa, pole golfowe... można się stąd nie ruszać przez co najmniej dwa tygodnie. I o to chodzi. Do tej szmaragdowozielonej idylli przyjeżdża się pobyczyć. Więc zrzucam ubrania, zakładam kostium kąpielowy i lecę do basenu. Dlaczego nie do morza? Bo ma temperaturę krupniku. Trudno się w nim ochłodzić.

 

 

Plaża, basen, palma

Po pływaniu i krótkiej drzemce na leżaku pod palmą wybieram się na kolację do Tepi Laut Makan Street — hotelowej restauracji, którą urządzono jak uliczkę, przy której się tłoczą stoiska z jedzeniem. Przy kilkunastu szwedzkich stołach i stanowiskach można próbować kuchni malajskiej, chińskiej, indyjskiej, tajskiej, wietnamskiej. Płacę 105 ringgitów i mogę jeść do oporu.

Zaczynam od hinavy — sałatki z surowych ryb i owoców morza. Potem biorę tuaran mee — makaron smażony z warzywami, kurczakiem i owocami morza. Nie mogę też sobie odmówić sabah rice — ryżu z ananasem, orzeszkami cashew, grzybami shitake i szczypiorkiem. Potem sałatka z mango z cebulą, potrawka z jackfruits — owoców chlebowca bochenkowego — jednego z największych owoców świata. I pora na desery: skrawki melona z mlekiem sojowym, kolorowe galaretki i ice kacang — kruszony lód z fasolkami na słodko, galaretkami, syropem mlecznym i różanym. Uff, nie mogę wstać od stolika.

Ale na razie nie muszę. Bo właśnie na trawniku przed knajpą pojawił się kolorowo odziany tłumek. Mężczyźni w szerokich spodniach, kobiety w długich, błyszczących spódnicach i bolerkach. Umalowane, z długimi kolczykami, pobrzękujące bransoletami, z kwiatami we włosach. Jest też jedna dziwna postać: ubrana po męsku, umalowana jak kobieta.

Zespół prezentuje taniec między prętami bambusowymi, którymi rytmicznie poruszają klęczące kobiety. Chodzi o to, by w rytm muzyki stawiać stopy między rozsuwające się kijki. Kije poruszają się coraz szybciej. Z mężczyzny, który skacze między kijkami, pot spływa strumieniami... Zmęczyłam się samym patrzeniem.

 

 

Scubi dubi doo

Stan Sabah — położony między 5. i 7. stopniem na północ od równika — zwany był kiedyś "bezwietrzną krainą". Faktycznie, spokojnie tu i cicho. Tajfuny pustoszące pobliskie Filipiny nie docierają na Borneo. Czego nie można powiedzieć o Filipińczykach. Przypływają tu w poszukiwaniu lepszego jutra. Nie dostają jednak pozwolenia na osiedlenie. Budują więc domy na palach, stojące ponad morzem. Z desek i blachy falistej. Między domami suszy się pranie, mieszkańcy poruszają się po tym swoistym mieście drewnianymi łódkami. Żyją z tego, co wyłowią z wody.

Przepływam obok takiego osiedla w drodze na wyspę Mamutik, gdzie znów się oddam słodkiemu lenistwu. Mogę leżeć na piasku, jeść albo nurkować. Ja wybieram tę ostatnią opcję. Uzbrojona w płetwy, maskę i rurkę, zanurzam się w wodzie. A tu zupełnie inny świat. Borneo otaczają rafy koralowe zamieszkane przez setki gatunków zwierząt. Już kilka metrów od brzegu pływają wielkie, żółte skalary, pręgowane amfipriony, falują wielokolorowe ukwiały, obok nich niewielkie płaszczki. Pełno też kolorowych rozgwiazd i szkaradnic — ryb przypominających kawałek skały, pokrytych licznymi kolcami. Ich ukłucie może być bardzo niebezpieczne. Trzeba też bardzo uważać na parzące meduzy. Na razie śmiertelnie przerażają mnie małe rybki, które gryzą mnie w łydki, kiedy staję na chwilę na dnie.

Kilkanaście metrów głębiej człowiek płynie przez morskie odmęty na podwodnym skuterze zwanym scuba-doo. Nie musi mieć maski tlenowej, ponieważ oddycha powietrzem dostarczanym do hełmu połączonego z pojazdem. Podziwia ryby zza szybki. Wolę moją zabawę. Bo mogę pływać razem z ławicami małych rybek.

Po dwóch godzinach pławienia się w końcu wychodzę z wody. Na stolikach ustawionych w cieniu czeka lunch: grillowane wielkie krewetki, satay — szaszłyki z kurczaka, gotowany ryż, smażony makaron, świeże warzywa i owoce. A na koniec ciasto bananowe i mrożona, bardzo gorzka kawa. Jedząc, przyglądam się waranom, które wypełzły spomiędzy zarośli. Nie są tak duże jak te z Komodo, ale i tak budzą respekt.

 

 

Orang-utan: człowiek dżungli

Rano idę na wycieczkę do dżungli, przyjrzeć się orangutanom. To największe zwierzęta na Ziemi prowadzące nadrzewny tryb życia. Borneo jest jednym z dwóch miejsc na świecie, gdzie można jeszcze spotkać te wielkie małpy w ich naturalnym środowisku. Stan Sabah słynie z programów ochrony i rehabilitacji orangutanów. Największe ich cent-rum — Sepilok Orang-Utan Rehabilitation Centre, część rezerwatu Sepilok Forest Reserve — znajduje się na wschodnim wybrzeżu Borneo nad morzem Sulu.

Muszę tylko wyjść z hotelu, by znaleźć się w rezerwacie utworzonym przez resort Rasa Ria we współpracy z rządowym departamentem ochrony natury. Chroni zagrożone wyginięciem zwierzęta i endemiczne rośliny regionu. Na 4295 hektarach mieszkają jelenie, makaki z długimi ogonami, małpiatki, pręgowane drapieżniki — cywety, binturongi przypominające ni to kota, ni to niedźwiedzia, warany, jeżozwierze, żółwie, pancerniki, rośliny mięsożerne, żywiące się owocami nietoperze i 63 gatunki ptaków. I oczywiście orangutany. Zazwyczaj są to młode, znalezione w dżungli, osierocone przez matki. Same by nie przeżyły. W ośrodku mają opiekę, dostają jedzenie, ale uczą się też samodzielności. Dzięki temu po kilku latach mogą powrócić do dżungli.

W Rasa Ria można je podejrzeć podczas karmienia. Wstęp do rezerwatu jest płatny. Pieniądze służą utrzymaniu zwierząt, szkoleniu pracowników, prowadzeniu badań. Oglądam najpierw film o zwyczajach orangutanów, a potem wędruję z przewodnikiem zielonym szlakiem do platformy, na której wykłada się jedzenie. Małe orangutany wychodzą spomiędzy drzew, zbliżają się, podchodzą bardzo nieśmiało. Trudno zrobić im zdjęcia, bo w gęstych zaroślach dżungli nawet w południe jest ciemno. Ale godzinami można się przyglądać, jak baraszkują, huśtają się na lianach i skaczą.

 

 

Krokodyle i świetliki

Czeka mnie jeszcze jedna atrakcja. Wybieram się z grupą innych turystów na spływ rzeką Garama. Pakujemy się do jeepa i jedziemy na południe w kierunku Beaufort. Po drodze mijamy pola ryżowe, domy tubylców na palach bądź wysokiej podmurówce. To ochrona przed wężami i drapieżnikami.

Po dwóch godzinach dojeżdżamy do osady nad Garamą. Domki na palach wyglądają bardzo biednie. Ale mają na dachach anteny satelitarne, a na podjazdach stoją drogie samochody. Na drewnianych stołach przed domami czeka na nas jedzenie. Smażone pierożki faszerowane fasolką z curry i banany w cieście. W takiej temperaturze nie bardzo chce się jeść, ale z grzeczności przełykam kilka kęsów. Pakujemy się na łódź motorową i ruszamy na poszukiwanie małp o dziwnych nosach. Na początku spotykamy jedynie śmieci w rzece: butelki, puszki, torebki plastikowe.

Przewodnik wydaje z siebie dziwne, niepokojące wręcz dźwięki. Wabi bardzo ostrożne małpy nosacze sundajskie. Pojawiają się, kiedy słońce chyli się już ku zachodowi. Samce mają ogromne, różowe, przypominające ogórki nosy, zwisające czasami poniżej podbródka. Wykonują na gałęziach drzew karkołomne ewolucje. Ale nie tracą czujności i ruch ręki płoszy je natychmiast.

Po dwóch godzinach rejsu wracamy do punktu wyjścia. A tam znowu suto zastawione stoły: gotowane szczypce kraba, małe smażone rybki, jajka w curry, sałatka z ananasa, ogórka, mango i marchewki. Jedząc, czekamy, aż się ściemni, a potem znowu ruszamy łodzią. Tym razem na poszukiwanie krokodyli. Niestety, nie udaje nam się zobaczyć ani jednego. Obserwujemy za to świecące żuczki. Drzewa, które obsiadają, wyglądają jak przystrojone lampkami choinkowymi. Noc rozbrzmiewa koncertem tysięcy owadów — cykają, chroboczą i szeleszczą. Na niebie pojawia się Krzyż Południa — najmniejszy gwiazdozbiór południowej półkuli. Może nie jest to najdziksze miejsce na Ziemi, ale na pewno warte dwudziestogodzinnej podróży.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Pod Krzyżem Południa