Od czasu do czasu światu fundowane są różne tematy zastępcze — tylko po to, aby można im było nadać rozgłos i wyciągnąć z tego astronomiczne korzyści. Edward Chancellor w swojej znakomitej „Historii spekulacji finansowych” opisuje, jak od XVI wieku (kiedy zaczęły powstawać pierwsze nowożytne rynki papierów wartościowych) inwencja ludzka, mająca na celu nabranie naiwnych, przynosiła obfite żniwo.
Ludzie dawali się już nabrać na najbardziej fantastyczne projekty — na przykład na „dzwon nurkowy”, czyli stawiany na dnie morza stożkowaty pojemnik z ławeczką wewnątrz, w którym człowiek może „siedzieć w suchej odzieży na każdej głębokości”. Inne epokowe pomysły to „urządzenie do gaszenia, jakiego wcześniej nie widziano”, „pułapka na myszy, która zwabi wszystkie myszy, jako też szczury”, wreszcie „urządzenie do nadmuchiwania mózgu”. Takich hitów światowe rynki kapitałowe widziały bez liku.
Ważniejsza jednak od samego żerowania hochsztaplerów na naiwności inwestorów jest celna uwaga Edwina Lefevra, wyrażona już 79 lat temu, a brzmiąca następująco: „Historia nigdzie nie lubi się powtarzać tak często i tak identycznie jak na Wall Street. Kiedy się czyta stare relacje o boomie i panice, najbardziej uderza to, jak nie- wiele dzisiejsze spekulacje giełdowe i dzisiejsi spekulanci różnią się od ówczesnych. Gra się nie zmienia i ludzka natura także nie”. A niby dlaczego miałoby być inaczej, skoro badacze doszukują się pierwszych instrumentów pochodnych już w starożytności?
Do natury ludzkich działań w wieku XX weszły procesy fuzji, przejęć i akwizycji. Dotyczy to również wiązania się ze sobą rynków kapitałowych i giełd. W rozpoczętym wieku XXI o procesach tych można będzie chyba zapomnieć i odłożyć je do lamusa. Niektóre z nich były konieczne, inne stanowiły natomiast dobry parawan dla uniknięcia bezpośredniej kontroli akcjonariuszy mniejszościowych albo służyły realizacji wzajemnych zobowiązań pomiędzy partnerami kosztem trzeciego podmiotu — przejętego przez któryś z nich oraz doprowadzonego do upadku (jego aktywa stawały się częścią spłaconych zobowiązań któregoś z tak rozgrywających partnerów).
Tytułowa czkawka pofuzyjna to niemożność doprowadzenia do stanu sprzed fuzji (pierwotnego). Niekiedy może to być stan o wiele bardziej pożądany niż wątpliwy efekt wiązania się podmiotów ze sobą. Czkawce będą towarzyszyć nasilające się objawy uboczne: rozerwanie dotychczasowych łańcuchów kooperacyjnych, przesunięcia w obrębie poszczególnych grup klientów, przejęcie uciążliwych zobowiązań, zagrożenie likwidacją w przypadku ujawnienia ewentualnych nieprawidłowości formalnoprawnych, „śmierć” pielęgnowanej dotychczas marki, atrofia prestiżu i pozycji rynkowej, kumulacja złych nawyków kadry tworzącej nową strukturę, wystąpienie czaso- i kosztochłonnego procesu wzajemnego dopasowywania się podmiotów oraz wiele innych.
Tworzy się zatem stan zapalny, pogłębiający się w wyniku kumulowania się różnych cech negatywnych oraz deformacji i erozji nowo powstałego podmiotu. Może to być efektem tego, iż monolityczna struktura staje się ociężała, absurdalnie zbiurokratyzowana, jej koszt i efektywność krańcowa się zbiegają, rentowność coraz szybciej się obniża, zarobki i gaże napinają budżet, zachodzi konieczność zwalniania pracowników i wypłacania im relatywnie wysokich odpraw, przy zatrudnianiu na poszczególne stanowiska (niekiedy specjalnie tworzone) decydują względy pozamerytoryczne itp. W konsekwencji może dojść do głosu przyznanie, iż przed połączeniem się było jednak lepiej.
Kilka z powyższych okoliczności oczywiście stanie się tematem medialnym, ale winnych nie było, nie ma i nie będzie, poniesione zaś straty potraktuje się zgodnie z wojskową doktryną „straty muszą być” — wszak cel uświęca środki. Podobnie z łączeniem się rynków kapitałowych i giełd ze sobą. W ostateczności wina za błędy zostanie zrzucona na siłę wyższą, czyli recesje, kryzysy, hossę, bessę, itp. Jednak pofuzyjna czkawka będzie nękała ludzi bardzo boleśnie, gdyż straty okażą się bardzo wymierne.
Fuzje, akwizycje i przejęcia jakże często okazują się „urządzeniami do gaszenia, jakich wcześniej nie widziano” lub „pułapkami na myszy, jako też szczury”, tylko ładniej opakowanymi. Nasuwa się wniosek — po co w ogóle „nadmuchiwać mózg” takimi projektami?
Autor jest członkiem NASD Academy Forum. Zaprezentowane poglądy stanowią wyłącznie wyraz jego osobistych opinii.