Pogrom w kosmetyce

  • Alina Treptow
opublikowano: 19-03-2013, 00:00

Małe sklepy przegrywają z sieciami drogeryjnymi oraz marketami. W najbliższych latach będzie się zamykało 500-600 takich firm rocznie

Kosmetyki nęcą aromatami, ale nie wszyscy przedsiębiorcy, którzy je sprzedają, mogą się cieszyć zapachem zarobionych pieniędzy. Coraz gorzej radzą sobie niewielkie sklepy kosmetyczne. Według obserwacji zarówno firm badawczych, jak i producentów kosmetyków, rocznie zamyka się kilkaset takich podmiotów.

fot. Marek Wiśniewski

— Według naszych szacunków, w ciągu najbliższych kilku lat liczba indywidualnych sklepów drogeryjnych, niezrzeszonych w żadnej sieci, będzie się kurczyła o 10 proc. rocznie — prognozuje Marcin Miller, ekspert od branży handlowej w Roland Berger. Dzisiaj takich podmiotów działa ok. 5-6 tys. Zadaniem Henryka Orfingera, prezesa i właściciela Dr Ireny Eris, kilka lat temu było ich dwa razy tyle.

Trudna sytuacja

— Z roku na roku coraz trudniej im konkurować z dużymi sieciami drogeryjnymi oraz marketami — zauważa Henryk Orfinger. Co na to sami zainteresowani? Karol Seweryn, były już właściciel sklepu kosmetycznego w Kozienicach, twierdzi, że dzisiaj pojedyncze sklepy stoją na straconej pozycji w starciu z dużymi sieciami.

— Po siedemnastu latach prowadzenia sklepu kosmetycznego, dwa lata temu zostałem zmuszony do jego zamknięcia — nie miałem szans wygrać z marketami. Dzisiaj coraz groźniejszym przeciwnikiem są też sieci drogeryjne. Pojedyncze placówki będą się zamykać. No, może zostaną seniorzy, którzy chcą sobie dorobić do emerytury — twierdzi Karol Seweryn. Stanisław Poliński, przedsiębiorca z woj. kujawsko-pomorskiego, nadal prowadzi swój sklep, choć dzisiaj nie sprzedaje już tylko kremów i toników do twarzy, ale także m.in. gazety i artykuły spożywcze.

— Zaczęliśmy od kosmetyków i chemii gospodarczej, które dzisiaj generują zaledwie kilka procent naszych obrotów. Szybko się zorientowaliśmy, że ze sprzedaży kremów i perfum nie przeżyjemy. To był bardzo dobry ruch, bo wszyscy nasi okoliczni „niesieciowi” konkurenci się zamknęli — tłumaczy Stanisław Poliński.

Warto się przyłączyć

Agnieszka Górnicka, prezes firmy badawczej Inquiry, wskazuje na kilka powodów, dlaczego liczba indywidualnych drogerii z roku na rok się kurczy. Z jednej strony, stoi za tym silna ekspansja sieci drogeryjnych, głównie niemieckiego Rossmanna. W 2012 r. jego obroty w Polsce przekroczyły 5 mld zł, a liczba placówek 700. Na koniec przyszłego roku drogerii pod czerwonym szyldem ma działać już ponad tysiąc. Jednak zdaniem ekspertki, rozrost dużych sieci nie dla wszystkich mniejszych przedsiębiorców oznacza gwóźdź do trumny.

Niektórzy z nich szukając recepty na kryzys, przechodzą na drugą stronę. — Część z nich wstępuje do sieci franczyzowych, gdzie mają szansę na tańsze zakupy oraz wsparcie marketingowe. Nadal często są to biznesy prowadzone przez jednego człowieka, ale w statystykach widnieją już po stronie sieci — zauważa Agnieszka Górnicka.

Ekspertka twierdzi, że rozwój dużych sieci kosztem pojedynczych placówek jest nieunikniony. W kosmetykach konsolidacja po prostu przebiega szybciej niż w innych segmentach FMCG. Zmiany odczuwają nie tylko same sklepy, ale również ich dostawcy, czyli producenci kosmetyków.

— My spadamy średnio o 2 proc. mniej niż cały rynek tradycyjny (niezrzeszone drogerie), który kurczy się rocznie o kilkanaście procent. „Tradycja” odpowiada za ok. 30 proc. naszych przychodów. Spadki rekompensujemy na rynku nowoczesnym, który z roku na rok rośnie o kilkanaście procent — mówi Henryk Orfinger.

Agnieszka Górnicka zwraca uwagę, że niektórzy producenci próbują wspomagać mniejszych przedsiębiorców i np. szwedzka grupa Brodr. Jorgenson, która jest właścicielem marki kosmetycznej Gosh, prowadzi dla nich specjalne szkolenia — m.in. z zakresu obsługi klienta.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Alina Treptow

Polecane