— Rosnąca mobilność zawodowa to pozytywny sygnał. Jest to szczególnie korzystne w polskich warunkach, gdzie mamy do czynienia z problemem „bezrobocia terytorialnego”, gdy obok siebie są miejsca dotknięte bardzo wysokim i relatywnie niskim bezrobociem. Dzięki zwiększeniu mobilności osoby wykluczone z rynku pracy będą mogły znaleźć zatrudnienie w sąsiedniej miejscowości lub województwie, dzięki czemu wzrosną ich szanse na polepszenie sytuacji życiowej — komentuje Tomasz Hanczarek, prezes Work Service, firmy, która zleciła badanie migracji.
Wraz z większą mobilnością rosną też wymagania finansowe. W porównaniu do 2011 r. znacznie zmniejszył się odsetek tych, których do dalekich dojazdów do pracy przekonałyby zarobki 3 tys. zł netto. Teraz zachęcające jest dopiero wynagrodzenie 3-5 tys. zł, co wskazuje największy odsetek badanych — 37,7 proc.
Zdaniem prezesa Hanczarka te deklaracje odzwierciedlają warunki na rynku pracy. Z punktu widzenia pracowników ciągle rosnące bezrobocie skłania do wyjazdu, ale nie bez znaczenia są korzyści finansowe, jakie może dać. Z punktu widzenia pracodawcy zaś wzrost kosztów pracy i ograniczona presja płacowa mogą spowodować, że deklarowana rosnąca skłonność migracyjna nie znajdzie odzwierciedlenia w rzeczywistości. Z badania wynika również, że co dziesiąty Polak jest skłonny wyjechać do pracy za granicę. Najchętniej do Niemiec (rok temu najczęściej wskazywano Wielką Brytanię). Nic dziwnego — w Niemczech niewykwalifikowany pracownik budowlany zarabia 1,3-2,4 tys. euro. To o wiele więcej niż płace wskazywane jako zachęcające do zmiany miejsca pracy w kraju. Co piąty ankietowany wyjechałby na saksy do USA, a 16 proc. do Szwecji.