Polacy musieli płacić na Janukowycza

Marta Biernacka
opublikowano: 2004-11-29 00:00

Banki wstrzymały kredyty, krążą plotki o blokadach. A przed wyborami fiskus urządził zbiórkę na kampanię Janukowycza.

Jest piątkowe popołudnie. Ponad 500 tys. ludzi na kijowskim Placu Niepodległości wyczekuje na wieści o unieważnieniu wyborów. Maciej Bossowski, dyrektor Baumy Ukraina, spółki zależnej giełdowej Baumy, właśnie przyleciał do Warszawy z Kijowa. Nie jest dobrze. Na Ukrainie nikt nie myśli o biznesie. Wszyscy czekają na rozwój wydarzeń.

Na rynku cisza

Bauma Ukraina, działająca w branży budowlanej, przed wyborami zawarła dwa duże kontrakty. Produkcja w Polsce już ruszyła, ale pieniądze jeszcze nie wpłynęły.

— Drugim problemem jest rosnący kurs euro, które według Narodowego Banku Ukrainy kosztuje ponad 7 UAH (hrywien). Jeśli cena jeszcze wzrośnie, niewykluczone, że będę musiał renegocjować kontrakty — martwi się Maciej Bossowski.

Paweł Bazylko, dyrektor wykonawczy Cekol Ukraina, spółki gdańskiego producenta zapraw chemii budowlanej Cedatu, wrócił kilka dni temu. Teraz siedzi jak na szpilkach, chce wyjechać z powrotem. Na razie trwa gorąca linia telefoniczna między Gdańskiem a Kijowem, Lwowem i Łuckiem. W tych miastach Cekol Ukraina ma dystrybutorów i partnerów handlowych.

— Sprzedaż na Ukrainie zamarła. Odbiorcy zastygli w oczekiwaniu. Grudniowe projekty musimy odłożyć — mówi Paweł Bazylko.

Cekol prawie cały towar sprzedaje na przedpłatę. Tymczasem banki z powodu sytuacji politycznej nie udzielają kredytów.

Tomasz Adrian, właściciel firm Invest Ukraina i Invest Adam pod Żytomierzem, również się niepokoi.

— Nie ma zamówień, milczą telefony. Jeśli to się szybko nie zmieni, poniosę straty — podkreśla.

Paweł Bazylko towar do Charkowa przewiózł przed wyborami. Nie ma go jednak kto porozwozić.

— Przewoźnicy się boją. Doszły mnie słuchy, że pod koła samochodów rozsypywane były „kolczatki”, a auta z zachodnimi rejestracjami zatrzymywano przy wjeździe do miast – opowiada Paweł Bazylko.

Na granicy stanęły dwa tiry suwalskiego producenta mebli metalowych, firm Litpol i Malow. Henryk Owsiejew, szef spółek, w piątek nic więcej nie wiedział — stracił kontakt z przewoźnikami.

Anna Skowrońska-Łuczyńska minister, radca handlowy Ambasady Polski w Kijowie, w czwartek spotkała się z przedsiębiorcami. Jeden z nich donosił o zamknięciu odprawy na granicy. To jednak były niepotwierdzone informacje.

Danina na wybory

Maciej Bossowski, podobnie jak inni polscy przedsiębiorcy, wspomina przedwyborczy terror ukraińskiego fiskusa. Administracja dostała amoku, w pośpiechu ściągano pieniądze skąd tylko się dało. Firmy były nękane telefonami i niespodziewanymi wizytami fisuksa. A zasada jest prosta: jak przychodzi skarbówka zapłacić trzeba, bo będą wracać w nieskończoność. Sprawa Baumy z Urzędem Skarbowym zaczęła się od partnera handlowego, który zakończył działalność.

— Zrobił to niezgodnie z przepisami, a konsekwencje były takie, że nas i jego innych partnerów oskarżono o działalność przestępczą. Taka jest na Ukrainie logika fiskusa — mówi Maciej Bossowski.

Dalszy ciąg nastąpił szybko.

— Przyszła kontrola ze skarbówki. Niczego nie znaleźli, ale zasądzili mandat, 30 tys. USD. Mogli zablokować pracę firmy, zamknąć konta. To by nas za dużo kosztowało, taniej było zapłacić daninę — opowiada Maciej Bossowski.

Po I turze wyborów w jego biurze znów zadzwonił telefon. Zdziwił się, gdy usłyszał „znajomych” z urzędu.

— Kazali złożyć wyjaśnienie, dlaczego dochód firmy w stosunku do obrotu nie przekracza 1 proc. Napisałem. W odpowiedzi włączyli Baumę w tzw. ponadplanową kontrolę — opowiada Maciej Bosssowski.

Jak podkreśla na Ukrainie da się robić biznes, ale trzeba się przyzwyczaić, że reguły gry nie są czyste. Przedwyborcza zbiórka to tylko wierzchołek góry lodowej.

Dyrektorowi Baumy wtóruje Tomasz Adrian. W ośmiotysięcznym miasteczku jest na świeczniku.

— Od kogo skarbówka ma ściągać daniny, jak nie ode mnie? Najpierw zapłaciłem od jednej spółki. Z 12 tys. USD stargowałem na 2 tys. Potem przyszli jeszcze raz, zażądali opłaty od drugiej firmy. Podałem ich do sądu. Co za dużo, to niezdrowo — mówi Tomasz Adrian.

Przedsiębiorca zna Urząd Skarbowy w Równem.

— Powymieniali urzędników. Nowi przyszli z prikazem: zebrać jak najwięcej na kampanię Janukowicza — opowiada Tomasz Adrian.

Do Anny Skowrońskiej-Łuczyńskiej wieści o wzmożonych kontrolach dochodzą od pół roku.

— Delikatnie mówiąc przestrzeganie prawa na Ukrainie nie przyjęło się. O zwrocie VAT można raczej zapomnieć. Upominanie się skutkuje wizytami fisuksa — opowiada Anna Skowrońska-Łuczyńska.

Wolna Ukraina, ale nie cała

Tomasz Adrian i Maciej Bossowski nie kryją się z opozycyjnymi sympatiami. Ten drugi jest członkiem Stowarzyszenia Polskich Przedsiębiorców na Ukrainie. Gdy zaczęły się manifestacje, wspomina, że jako pierwszy zatknął polską flagę na kijowskim Placu Niepodległości.

— Ukraina podniosła głowę. Tych zmian nie da się odwrócić — mówi dyrektor Bauma Ukraina.

Wierzy, że niedługo na Ukrainie będzie inaczej — firmy rozwiną skrzydła, a po dochód nie będzie wyciągał się las urzędniczych rąk.

Do grona zwolenników demokracji nie może na razie dołączyć dyrektor fabryki spod Doniecka.

— Czy mogę być zwolniony z odpowiedzi? To nie żarty, tu na ustach ludzi nie ma hasła Wolna Ukraina — mówi przedsiębiorca.