Gdyby Polska ponownie znalazła się pod okupacją, każdy z nas mógłby wybrać tylko jedną z dwóch dróg: bohatera lub tchórza, członka ruchu oporu bądź kolaboranta. Prawda? Władysławowi Studnickiemu takie zero-jedynkowe myślenie było zupełnie obce.

„Jestem germanofilem polskim” — mówił z dumą jeszcze w 1934 r. ten genialny polityk i publicysta. W 1936 r. został zaproszony jako gość honorowy na zjazd NSDAP w Norymberdze. Spotkał się tam z Goebbelsem i Ribbentropem. Ba! — przedstawiono go samemu Hitlerowi. Był wówczas — co tu kryć — pod ogromnym wrażeniem wodza III Rzeszy. Podziwiał go za to, że natychmiast po dojściu do władzy zabrał się za odbudowę gospodarki niemieckiej i zwalczanie bezrobocia (w rzeczywistości doprowadził stan finansów państwa na skraj przepaści). Najbardziej jednak imponowało Polakowi zdecydowanie antybolszewickie nastawienie führera. Wierzył, że u boku hitlerowskiej armii spuścimy manto naszemu największemu wrogowi — Związkowi Sowieckiemu.
Ekstremalnie proniemiecka postawa szybko przyniosła politykowi izolację. Formułowana przez niego diagnoza sytuacji międzynarodowej zupełnie odbiegała od panujących w kraju nastrojów. Opinia publiczna upajała się świeżej daty braterstwem broni z Anglikami i Francuzami. Przekonani o ich lojalności i sile militarnej II RP szykowaliśmy Niemcom nowy Grunwald. Na niemieckie sugestie, że Polska powinna się zgodzić na przeprowadzenie przez swoją część Pomorza eksterytorialnej autostrady, łączącej Niemcy z Prusami Wschodnimi, odpowiadaliśmy hasłem: „Nie oddamy nawet guzika od munduru”.
Władysław Studnicki nie miał wątpliwości, że taka bezkompromisowość przyniesie Polsce katastrofę. Przekonywał, że jeśli nie wypali jego koncepcja „osi Berlin — Warszawa”, Hitler będzie zmuszony zbratać się przeciw zachodnim mocarstwom ze Stalinem, a wtedy pierwsza ucierpi Polska. Apelował do Józefa Becka, ministra spraw zagranicznych, o przyjęcie oferty III Rzeszy. Bezskutecznie. I stało się wszystko dokładnie tak, jak przewidział. Klęska w wojnie z Niemcami, sowiecki cios w plecy i zdrada aliantów.
Czy w czasie okupacji przyznano Studnickiemu rację? Raczej spotykał się z coraz większym ostracyzmem. Zwłaszcza kiedy dawał do zrozumienia, że gotów jest stanąć na czele kolaboracyjnego rządu, aby uratować naród przed represjami. Albo gdy krytykował Armię Krajową za zamachy, sabotaż i akcję „Burza”.
Zapewne łatwo uznano by naszego bohatera za zdrajcę, gdyby zdecydowanie nie żądał od okupanta zaprzestania prześladowań i bez przerwy nie interweniował na rzecz aresztowanych rodaków. Za jawne potępianie terroru został w 1941 r. aresztowany przez Gestapo. Więziono go przez 14 miesięcy na Pawiaku, gdzie na własnej skórze doświadczył niemieckiej brutalności.
W wydanej niedawno książce „Germanofil” Piotr Zychowicz porównuje Studnickiego do pasażera wielkiego wycieczkowca, który wyszedł na pokład i zobaczył, że statek pełną parą pędzi na gigantyczną górę lodową. Potem wparował na salę balową, by ostrzec innych pasażerów i członków załogi. Nie był jednak w stanie przekrzyczeć orkiestry — wszyscy włącznie z kapitanem bawili się zbyt dobrze.
Zderzenie z lodowcem stało się faktem. We wrześniu 1939 r. oddaliśmy hitlerowskiemu najeźdźcy nie tylko guzik, ale cały mundur. To takie bardzo polskie. Honor nade wszystko. Żadnego pójścia na ustępstwa, kompromis. Albo triumf, albo zgon. Trzeciej możliwości nie ma. Większość z nas nazywa takie zero-jedynkowe podejście patriotyzmem. A jest to zwykłe samobójstwo.
