Sprzedaż detaliczna ma szansę utrzymać dwucyfrowe tempo wzrostu do końca roku
Wolno topniejące bezrobocie nieco ogranicza apetyty konsumentów i utrudnia walkę z ubóstwem.
W czerwcu Polacy wybierali się na zakupy częściej niż rok wcześniej, jednak ekonomiści spodziewali się lepszego wyniku sprzedaży detalicznej. Wzrosła o 10,9 proc. r/r, wobec 13,8 proc. w maju i 11,8 proc. oczekiwań rynkowych.
— Dane nie powodują euforii, jednak pokazują, że konsumpcja prywatna wciąż jest silna, i to ona w dalszym ciągu napędza gospodarkę — komentuje Kaja Retkiewicz-Wijtiwiak, ekonomistka Banku BPH.
Ekonomiści tłumaczą spadek dynamiki w czerwcu m.in. mniejszą liczbą dni roboczych w porównaniu z poprzednimi miesiącami.
Silna noga
— Przestał też działać czynnik niskiej bazy sprzed roku, który dotąd wspierał wyniki sprzedaży. Na dane wpływ miała też wysoka inflacja, która zmniejszyła siłę nabywczą konsumentów, a także wciąż dość umiarkowany wzrost płac — uważa ekonomistka Banku BPH.
Także według Piotra Kalisza, ekonomisty Citi Handlowego, wydatki konsumpcyjne Polaków, mimo wyhamowania w ostatnich miesiącach, wciąż są spore.
— Negatywnie zaskoczyła sprzedaż książek i prasy, która spadła o 0,5 proc. — uważa Piotr Kalisz.
W pozostałych badanych kategoriach sprzedaż wzrosła.
W drugim kwartale sprzedaż w ujęciu realnym zwiększyła się średnio o 9,5 proc., wobec 5,3 proc. w pierwszym.
Kolejne miesiące powinny przynieść stabilizację sprzedaży. Według Piotra Kalisza, jej dynamika ma się utrzymać na poziomie około 10 proc.
— Wiele zależy od otoczenia zewnętrznego, jednak jest szansa na relatywnie solidny wzrost konsumpcji w całym roku. To ona pozostanie najmocniejszym silnikiem napędzającym gospodarkę — uważa ekonomista Citi Handlowego.
Według jego prognoz, dynamika konsumpcji spadnie z 3,9 proc. w pierwszym kwartale do 3,2 proc. w czwartym. W całym roku ma wynieść 3,6 proc.
Firmy mogłyby liczyć na jeszcze większy popyt, gdyby szybciej poprawiała się sytuacja na rynku pracy. Wprawdzie przeciętne zatrudnienie i płace rosną, jednak bezrobocie, w porównaniu z czerwcem 2010 r., zamiast spadać, nieznacznie wzrosło — z 11,7 do 11,8 proc. Więcej niż przed rokiem było też osób bez pracy.
Wyczerpany potencjał
— Spadek bezrobocia z 12,2 proc. w maju ma charakter wyłącznie sezonowy. Na początku roku spodziewałam się, że bezrobocie będzie spadało szybciej — mówi Kaja Retkiewicz-Wijtiwiak.
Okazało się, że Polacy nie rzucili się do pracy w Niemczech i Austrii, gdy państwa te otworzyły rynki.
— Potencjał emigracyjny Polaków zmalał. Obcięto też pieniądze przeznaczane na aktywizację bezrobotnych, co znalazło odzwierciedlenie w danych — mówi ekonomistka Banku BPH.
Według Karoliny Sędzimir, ekonomistki PKO BP, pod koniec roku stopa bezrobocia wyniesie 11,5 proc., wobec 12,3 proc. w grudniu 2010 r.
— Bezrobocie będzie spadało powoli — mówi Karolina Sędzimir.
Smutny skutek
Sytuacja na rynku pracy nie sprzyja eliminowaniu ubóstwa, które wciąż dotyka znacznej części społeczeństwa.
— Sytuacja się nie poprawia, ale trudno się temu dziwić, skoro jest kryzys — komentuje Urszula Kryńska, ekonomistka Banku Millennium.
Poniżej granicy skrajnego ubóstwa żyło w 2010 r. 5,7 proc. Polaków — tyle, ile w 2009 r. Poniżej ustawowej granicy — 7,3 proc., jednak gdyby nie fakt, że w 2006 r. zamrożono progi interwencji socjalnej, wskaźnik wyniósłby 10,8 proc. — więcej niż w 2008 r.
— Badanie pokazuje najdotkliwsze skutki transformacji. W najtrudniejszej sytuacji są osoby żyjące z zasiłków. Ubóstwo dotyka rodzin wielodzietnych: dzieci i młodzież do 18 lat stanowiły około jednej trzeciej populacji zagrożonej skrajnym ubóstwem. To smutne i niepokojące, bo niski status społeczny jest utrwalany w kolejnych pokoleniach — komentuje Urszula Kryńska.