Politycy: dajcie żyć!

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2005-07-29 00:00

Mój przyjaciel, kawaler „z odzysku”, „mężczyzna po przejściach”, na skutek bliżej niezbadanego zbiegu okoliczności stał się krzewicielem przyjaźni polsko- -białoruskiej. I to tej najbardziej naturalnej: wziął sobie mianowicie żonę spod Grodna. Miał szczęście: zdążył przed dekretem prezydenta Łukaszenki o zasadach kontaktów z cudzoziemcami, a przede wszystkim o praktycznym zakazie wyjazdów przedstawicieli różnych grup zawodowych, szczególnie „w celach matrymonialnych”. Nawet, na swoją niewielką skalę, próbował za naszą wschodnią granicą zasadzić drzewko kapitalizmu w postaci prywatnej linii autobusowej, a raczej mikrobu- sowej, którą niejako ufundował kuzynom małżonki. Drzewko niby jest, ale nie bardzo rośnie, nie mówiąc już o owocach.

Swego czasu, ale bardzo niedawno, pani Żanna, rodem spod Mińska (białoruskiego, nie mazowieckiego), robiła furorę w mojej okolicy jako niezwykle sumienna pomoc w najtrudniejszych obowiązkach domowych. Sąsiadki bardzo chętnie korzystały z jej usług i wielce je sobie ceniły. Pani Żanna, uczciwie pracując, zaoszczędziła 1500 dolarów i — wykorzystując różnice kursowe — nabyła za tę kwotę uroczy domek pod Mińskiem (białoruskim, nie Mazowieckim). Teraz, z przyczyn zrozumiałych, chociaż nie do końca, nie przyjeżdża. Sąsiadki są niepocieszone, chociaż życie nie znosi próżni i pojawiła się pani Gala spod Brześcia.

Dwa obrazki. Ot, niby nic nadzwyczajnego, dwa transgraniczne przykłady żyjących sobie spokojnie ludzi, rodzin, zbiorowości, które bez wielkiej (i małej) polityki doskonale się porozumiewają, łączą w związki, robią interesy — słowem: żyją. Ale do czasu. Kiedy do ich domów, firm, zagród w brudnych, ciężkich butach wchodzi wielka polityka, wszystko pryska. W naszych stosunkach z Białorusią najpierw powstały pewne perturbacje związane z akcesją do Unii Europejskiej. Ale, jak dowodzi przykład kontaktów z Ukrainą, można było sobie z nimi poradzić. Tu jednak, za sprawą „wodza” Białorusi, który — podobnie jak my w czasach Reagana, w odwecie, nałożyliśmy sankcje na Amerykanów i... nie wysyłaliśmy naszych naukowców na staże — postanowił nas ukarać za sobie tylko wiadome „coś” i... praktycznie odciął swoich obywateli od kontaktów z nami (i nie tylko z nami).

Teraz konflikt, tak naprawdę nikt nie wie o co, eskaluje z prędkością lawiny śnieżnej. Słowo wypuszczone wróblem wraca wołem, nikt już nie wie, kto zaczął, i tylko patrzeć, jak wejdziemy w stan wojny — przynajmniej ekonomicznej. Apelujemy więc do obu stron. Politycy: opamiętajcie się! Nieważne, kto zaczął, przerwijcie ten bezsensowny mecz, siądźcie do rozmów. Nasz prezydent ma ponoć takie zdolności mediacyjne, wybiera się nawet do ONZ. I co? Zamknął się w pałacu i milczy. Marszałek Sejmu, do niedawna minister spraw zagranicznych, kandydat na kolejnego lokatora pałacu prezydenckiego, zajmuje się swoją kampanią i wizerunkiem ojca narodu, ale w tej sprawie nie robi nic.

Przecież ta absurdalna pyskówka wymknęła się spod kontroli i mała to dla nas pociecha, że my, jako Polska, na tej „wojnie” poniesiemy mniejsze straty. Nie chodzi przecież o licytację, również w tej sprawie. Tym bardziej że z pewnością stracą ludzie po obu stronach granicy. Politycy: dajcie żyć!