Politycy, przestańcie wreszcie grać gospodarką

Jacek Zalewski ,Jacek Kowalczyk
opublikowano: 25-05-2009, 00:00

Piątkowa burzliwa debata w Sejmie tylko z pozoru poświęcona została stanowi gospodarki. Jej wyłączną przyczyną była okoliczność, że posłowie już się nie zbiorą przed eurowyborami. Bracia Kaczyńscy doszli do wniosku, że w tej sytuacji szansą PiS będzie zaskakujące (wniosek wpłynął w czwartek) skorzystanie przez prezydenta z możliwości wygłoszenia w Sejmie orędzia, którego nie czyni się przedmiotem debaty.

Jednak naiwne były ich kalkulacje, że tezy orędzia prezydenta staną się prawdą ostateczną i Lech Kaczyński politycznie to starcie wygra. Dyspozycyjny wobec PO marszałek Bronisław Komorowski uzupełnił porządek obrad o punkt formalnie niezwiązany z orędziem — informację rządu o sytuacji gospodarczej i stanie finansów państwa. Wraz z debatą.

Prowadzony w takiej formule dialog — niby o gospodarce — musiał stać się dwoma monologami, zwłaszcza że wisiała nad nim kartka z wyborczą datą 7 czerwca. Celem prezydenta było między innymi wyciągnięcie z rządu jakiejś wiedzy na temat nowelizacji budżetu na rok 2008, która na razie jest skrzętnie podmiatana pod dywan. Ale premier z ministrem nie puścili farby i na pewno tego nie zrobią przed eurowyborami.

Poniżej przedstawiamy analizę kilku wątków zarówno orędzia głowy państwa, jak i wystąpień rządowych. Lech Kaczyński miał ułatwione zadanie, jako że do postawienia bardzo niewygodnych dla rządu pytań wystarczy poczytać prasę. Niestety, PR-owskie lawirowanie cechowało także wypowiedzi Donalda Tuska i Jacka Rostowskiego. A przecież polska go-

spodarka naprawdę nie zasłu-

guje na traktowanie jej przez

skonfliktowanych polityków

jako wyborczego podnóżka.

Jacek Zalewski

PREZYDENT LECH KACZYŃSKI

Można zastanowić się

nad obniżką podatku

VAT o 3 punkty procentowe. Wielka Brytania obniżyła

VAT, dzięki czemu popyt

się tam odbudowuje.

Prezydent Lech Kaczyński zaproponował rządowi obniżenie podatków kilka minut po tym, jak apelował o zwiększanie wydatków państwa. Niestety, z pustego i Salomon nie naleje. Smutna prawda jest taka, że budżet jest w tak opłakanym stanie, że minister finansów zrobi wszystko, aby nie uronić ani złotówki z należnych mu podatków. I trudno mu się dziwić — prawdopodobnie tak czy inaczej będzie musiał szukać ratunku w podnoszeniu niektórych danin. A powoływanie się na Wielką Brytanię, przeżywającą głęboką recesję i poważne kłopoty fiskalne, nie wydaje się najlepszym pomysłem.

Słaby złoty szkodzi jednym, ale pomaga innym, na przykład eksporterom. Rosnący popyt na polskie produkty pomaga naszej gospodarce.

Niestety, popyt na polskie produkty nie rośnie. Wręcz przeciwnie — przeżywa załamanie. Według danych NBP, w marcu nasz eksport spadł o 16,3 proc. w ujęciu rocznym. A przecież jeszcze pół roku wcześniej rósł w tempie powyżej 20 proc. Tym razem prezydent okazał się niepoprawnym optymistą.

Wszystkie państwa zachodnioeuropejskie oraz USA bardzo aktywnie od wielu miesięcy usiłują ożywić procesy rozwojowe przez zwiększanie wydatków. Natomiast rząd polski postępuje jakby odwrotnie.

W obliczu mocnego spadku dochodów państwa już dziś trudno jest sfinansować wszystkie wydatki kraju — i tak musimy pożyczać od instytucji finansowych dziesiątki miliardów złotych. To znaczy, że rząd — czy tego chce czy nie — już teraz przeznacza ogromne kwoty pożyczonych pieniędzy na stymulowanie gospodarki wydatkami publicznymi. Nad zwiększaniem wydatków moglibyśmy się zastanawiać, gdybyśmy mieli dziś zrównoważony budżet. Czy prezydent pochwaliłby rozsądek człowieka, który mając problem ze spłatą rat, zamiast ciąć wydatki, idzie do banku po kolejny kredyt?

PREMIER DONALD TUSK

Podjęliśmy stanowcze działania, aby ustabilizować złotego na optymalnym poziomie — nie za wysokim, nie za niskim.

Nie można odmówić rządowi pozytywnego wpływu na zatrzymanie osłabiania się złotego. Jednak zareagował dopiero w lutym — po ośmiu miesiącach galopującej utraty wartości naszej waluty. Do tego czasu zdążyła się osłabić o 53 proc. do euro, 90 proc. do dolara i 67 proc. do franka szwajcarskiego. Trudno uznać taką interwencję za precyzyjne znalezienie złotego środka, jak przedstawia to premier.

Są problemy, które trzeba rozwiązywać, ale nie ma potrzeby zaczerniać sytuacji.

Optymizm premiera jest zrozumiały — rząd z urzędu musi prezentować mocne strony polskiej gospodarki, choćby dlatego, że w jego komunikaty wsłuchują się zagraniczni inwestorzy. Pozytywne nastawienie wydaje się jednak coraz bardziej niewystarczające w dziedzinie finansów publicznych. Ekonomiści szacują zbliżającą się dziurę budżetową na dziesiątki miliardów złotych i zastanawiają się, jak ją zasypać. Tymczasem ani premier, ani przemawiający tuż po nim minister finansów po raz kolejny nawet się nie zająknęli, co zamierzają zrobić.

Trzymajmy prezydenta za słowo. Jeśli wywiąże się z zobowiązania o współpracy z rządem, ja postaram wywiązać się ze swojego o współpracy z prezydentem.

Deklaracje współpracy między premierem a prezydentem słyszymy od obu stron nieustannie od wybuchu kryzysu. Jak dotąd kooperacja zaowocowała tylko jedną nic niewnoszącą radą gabinetową. Równie pożyteczny dla gospodarki dialog rząd prowadzi w Komisji Trójstronnej. Chociaż przed wyborami parlamentarnymi Donald Tusk zapowiadał umowę społeczną dla cudu gospodarczego, dziś rząd Platformy Obywatelskiej skłócony jest zarówno ze związkowcami, jak i pracodawcami.

MINISTER FINANSÓW JACEK ROSTOWSKI

Deficyt szybko wzrósł na początku roku, jednak w najbliższych miesiącach powinien maleć, a potem na koniec roku znowu wzrośnie, by zamknąć się na poziomie 18,2 mld zł.

Minister finansów cały czas utrzymuje, że rządowi uda się utrzymać deficyt budżetowy na poziomie założonym w ustawie. Po raz kolejny zapomniał jednak wyjaśnić, co takiego stanie się w najbliższych miesiącach, że budżet dozna uzdrowienia, a deficyt zacznie spadać. W końcu jest maj, a deficyt przekracza 15 mld zł, czyli około 84 proc. planu na cały rok. Gospodarka nagle nabierze rozpędu i wzrosną dochody podatkowe? Czeka nas gwałtowna podwyżka podatków? A może wprowadzona zostanie głęboka reforma obniżająca wydatki państwa? Odpowiedź w Sejmie nie padła.

Przewidujemy w tym roku deficyt sektora finansów publicznych na poziomie 4,6 proc. PKB.

Prognozę ministra można było traktować poważnie do 22 kwietnia. Tego dnia GUS podał, że w 2008 r. deficyt wzrósł z 1,9 proc. PKB do 3,9 proc. (rząd prognozował poziom 2,7 proc.). To duży wzrost, mimo że gospodarka spowolniła tylko trochę — z 6,7 proc. do 4,9 proc. W 2009 r. hamowanie będzie znacznie bardziej gwałtowne, prognozy mówią o zerowej, a może nawet ujemnej dynamice. Dlatego Komisja Europejska uważa, że wzrost deficytu będzie czterokrotnie większy, niż zakłada nasz rząd. I taka analiza wydaje się bardziej logiczna.

Którą prognozę Komisji Europejskiej mielibyśmy wziąć pod uwagę przy nowelizacji budżetu? Tę ze stycznia, kiedy spodziewano się 2 proc. wzrostu PKB? Wcześniejszą? Czy może ostatnią, zakładającą spadek o 1,4 proc.?

Minister finansów po raz kolejny z przekąsem wypowiadał się o prognozach gospodarczych KE. Wcześniej mówił wprost, że ekonomiści komisji są w błędzie, spodziewając się recesji w Polsce. Oby miał rację. Szkoda tylko, że Jacek Rostowski, krytykując czyjeś prognozy, nie podaje swoich. Trudno prognozą nazwać bowiem stwierdzenie, że "mamy szansę na dodatnią dynamikę". A właśnie tak brzmi dzisiaj oficjalna prognoza rządu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski ,Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu