Generalne wnioski są biegunowe, zarówno optymistyczne, jak też dość pesymistyczne. Wielkim plusem jest konsolidacja klasy politycznej – która nie odbiega od nastrojów dominujących w społeczeństwie – wobec całkiem realistycznego zagrożenia bezpieczeństwa państwa ze strony Rosji. Potwierdza to rzadkie w ostatnim półroczu kontynuowanie przez rządowe konsorcjum 15 października działań zapoczątkowanych przez PiS. Władysław Kosiniak-Kamysz, minister obrony narodowej, zarysował program rozwojowy i inwestycyjny sił zbrojnych niemal wyjęty z ust jego poprzednika Mariusza Błaszczaka. Dlatego były minister z PiS merytorycznie nie miał się do czego przyczepić, natomiast punktował wykonanie przez obecnie rządzących radykalnego zwrotu i wręcz zaprzeczenie własnym hasłom z kampanii wyborczej. Premier Donald Tusk zapowiedział wart co najmniej 10 mld zł program wieloletni Tarczy Wschód, natomiast minister obrony wychwala Wojska Obrony Terytorialnej (WOT), które chciał kilka lat temu likwidować. Jedną z przyczyn tego zwrotu jest zaplanowane 14 sierpnia, czyli w wigilię Święta Wojska Polskiego, przejście WOT – po uzyskaniu przez nie wreszcie certyfikacji – spod bezpośredniej ręki cywilnego ministra do zwyczajnej struktury dowodzenia podległej Sztabowi Generalnemu WP. Potwierdzi to symboliczny rozdział garnituru od munduru.
Okolicznością fatalną dla wojska jest natomiast przeciąganie decyzyjności pomiędzy prezydentem a rządem. Obok polityki zagranicznej właśnie bezpieczeństwo militarne to obszar, w którym najsilniej zazębiają się konstytucyjne uprawnienia obu organów władzy wykonawczej. Niestety, od 13 grudnia 2023 r. Polska weszła w epokę nawet nie trudnej kohabitacji, lecz po prostu konfrontacji. Andrzej Duda jako zwierzchnik sił zbrojnych przysłuchiwał się w Sejmie informacji ministra obrony, ale nie dosłyszał ani jednego słowa – notabene również w późniejszej długiej debacie – odniesienia do wniesionego przez niego niedawno projektu strategicznej ustawy dotyczącej właśnie tego punktu obrad. Pierwszy raz wniósł to samo w końcówce poprzedniej kadencji, zaś 2 maja powtórzył, obecnie jest to druk nr 405. Tytuł ustawy brzmi bardzo wzniośle – o działaniach organów władzy państwowej na wypadek zewnętrznego zagrożenia bezpieczeństwa państwa. Znaczną część zajmują istotne nowelizacje ustaw – o urzędzie ministra obrony narodowej oraz bardzo świeżej o obronie Ojczyzny, przyjętej w 2022 r. błyskawicznie i niemal jednomyślnie po agresji Rosji na Ukrainę. Dla PiS to świętość, albowiem ojcem chrzestnym ustawy był sam najwyższy prezes Jarosław Kaczyński.
I oto Andrzej Duda proponuje rozsypanie najwyższego szczebla dowodzenia. Zlikwidowana zostałaby odrębność Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych oraz Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych. Zamiast nich powstałoby Dowództwo Połączonych Rodzajów Sił Zbrojnych, których byłoby pięć, z własnymi dowództwami: Wojska Lądowe, Siły Powietrzne, Marynarka Wojenna, Wojska Specjalne oraz Wojska Obrony Terytorialnej. Co ciekawe, taka koncepcja została dobrze przyjęta w samej armii oraz przez ekspertów militarnych z różnych stron. Pierwsze pytanie retoryczne brzmi – a czemuż to Andrzej Duda siedział cicho dwa lata temu i w ogóle odpuścił wtedy swój wpływ na produkt firmowany przez najwyższego prezesa. Drugie jest bardziej merytoryczne – a co na to obecny rząd? Absurdalność utrzymywania odrębnych dowództw generalnego i operacyjnego jest od lat oczywista, ale cywilny nadzór nad armią nic z tym nie robił, ani w epoce PO-PSL, ani podczas ośmioletnich rządów PiS. Losy prezydenckiego projektu (najbardziej realna jest sejmowa zamrażarka) będą ciekawym sprawdzianem myślenia klasy politycznej o bezpieczeństwie państwa.
