W czasie, gdy polscy wyborcy likwidowali IV Rzeczpospolitą, służby prezydenta Łukaszenki wizytowały rodziny, które wykazują zewnętrzne znamiona bogactwa i pytały o źródła jego pochodzenia. Wszystkim, którzy należycie się nie wytłumaczyli, grożą kary. Czy otarliśmy się o podobną sytuację w Polsce? Rzecz sporna, ale u nas też narastał klimat powszechnej podejrzliwości wobec ludzi sukcesu. Zbieżna była wola zbijania politycznego kapitału na pobudzaniu ludzkiej zawiści.
Wszystkie te białoruskie skojarzenia zostały za nami po 21 października, kiedy Polska żądna sukcesu obudziła się i przeważyła nad złymi emocjami.
Rynki finansowe powitały zmianę z nadzieją i udzieliły kredytu zaufania. To jest poważne zobowiązanie, bo po roku 1989 polityka nie nadążała (z wyjątkiem początku pod solidarnościowym parasolem) za wyzwaniami gospodarki. Jest to znana i powszechna ułomność demokracji, która rzadko nagradza odważnych reformatorów. Wiele oczekiwań można spełnić w sposób lekki, łatwy i przyjemny, np. tworząc wokół biznesu klimat przewidywalności i zaufania w miejsce zimnej wojny domowej.
Niestety, prywatyzacja i sanacja finansów to rejony podwyższonego ryzyka. Jedno i drugie potrzebne, jedno i drugie różni PO od PSL, ale nawet ostrożny ruch do przodu będzie lepszy od kręcenia się w kółko na uboczu wielkiego polowania na „układ”, którego ostatecznie nie znaleziono.