W niedzielę wieczorem akurat nastawiałem budzik na poranną zbiórkę do prezydenckiego samolotu, gdy o godz. 22.54 dostałem sygnał, że... mogę pospać dłużej, ponieważ wyprawa do Weimaru została nagle odwołana z powodu „niedyspozycji” Lecha Kaczyńskiego. Od razu było wiadomo, że odbije się to politycznym echem, ale naprawdę trudno było wtedy przypuszczać, iż zgiełk będzie aż tak głośny i na dodatek rozszerzony o poboczny wątek złośliwego artykułu z „Die Tageszeitung”.
Pomijając tak dramatyczne okoliczności, jak spadnięcie śmigłowca z premierem Millerem czy katastrofa katowickiej hali, dzieje polskiej polityki zagranicznej bardzo rzadko notują przypadki tak nagłych odwołań tak ważnych wizyt. Kiedyś raz towarzysz Gierek w nocy anulował poranny wylot do bratniej Bułgarii, z przyczyn autentycznie zdrowotnych — i trudno przypuszczać, by jakiekolwiek inne powodowały prezydentem Lechem Kaczyńskim. Do szczytu Trójkąta Weimarskiego, notabene już dwukrotnie przekładanego przez gospodarzy, przywiązywał naprawdę wielką wagę. Uwzględniając dzisiejsze realne znaczenie tego forum — nawet zbyt wielką.
Krytyczne oświadczenie zjednoczonych ministrów spraw zagraniczych III RP było odpowiedzią na obrażający ich dorobek, pogardliwy, a z lubością rozpowszechniany przez Prawo i Sprawiedliwość termin „odzyskanie przez siły patriotyczne MSZ”. Zupełnie inną kwestią jawi się zobiektywizowana ocena poziomu polityki zagranicznej IV RP. Niestety, wiele znaków wskazuje, że jest ona niedysponowana nie chwilowo — jak jej konstytucyjny kreator, czyli prezydent — lecz chronicznie.
A za obraźliwy artykuł los i tak już naszych zachodnich sąsiadów ukarał zbiorowo. Nieprzypadkowo po całej Polsce w 118 minucie półfinałowego meczu Włochy — Niemcy niósł się tak gromki okrzyk radości...