Połów już w sieci

Jacek Konikowski
opublikowano: 2006-04-14 00:00

Spryciarze zarabiają krocie na ustawie o recyklingu pojazdów wycofanych z eksploatacji. Importerzy samochodów, którzy dali się nabrać na ich bajki, słono zapłacą za łatwowierność.

1 stycznia 2006 roku weszła w życie ustawa z 20 stycznia roku poprzedniego — o recyklingu pojazdów wycofanych z eksploatacji. Nakłada na importerów samochodów obowiązek zapłaty tzw. opłaty recyklingowej (500 zł) od każdego samochodu wprowadzonego na terytorium kraju. Kowalski nie ma wyjścia, musi ją zapłacić, inaczej nie zarejestruje swego skarbu. Za to firma Kowalskiego może, ale nie musi jej płacić, gdyż ma dwa wyjścia: uiścić „recyklingowe” albo skorzystać z furtki, jaką daje art. 11 pkt 2 tejże ustawy. A ten stanowi, że: „Wprowadzający pojazd może zapewnić sieć na podstawie umów z przedsiębiorcami prowadzącymi stacje demontażu”. Idzie o sieć punktów, w których można oddać na złom stary pojazd.

Problem, że ów przepis stał się furtką, ale do przekrętów. Sporo firm wpadło na sposób, jak nieuczciwie na importerach zarobić.

Fortel

Patent? Prosty. Niektóre przedsiębiorstwa z branży ekologicznej proponują importerom samochodów podpisanie umowy „o organizację i zarządzanie siecią zbierania i demontażu pojazdów” i na każdy sprowadzony przez nich samochód wydają oświadczenie zwalniające z opłaty recyklingowej. To zgodne z prawem. Opłata recyklingowa jest swoistą „karą” za brak takiej sieci, którą importerzy płacą na rachunek Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej od każdego pojazdu wprowadzonego na obszar kraju (Ministerstwo Budownictwa szacuje że może to być kwota około 0,5 mld zł!). Zawarcie umowy i oświadczenie zwalnia ich z konieczności jej płacenia. Dokument taki — zależnie od firmy, która go wystawia — kosztuje od 170 do 220 zł. Opłata recyklingowa wynosi 500 zł. Prosty rachunek: na jednym sprowadzonym do kraju samochodzie importer oszczędza 280-330 zł. Klienci, a jest ich coraz więcej, chwalą sobie takie oszczędności.

— Co roku sprowadzam z Niemiec i Francji 100-300 samochodów. Podpisanie umowy o sieci oznacza, że w kieszeni zostanie mi jakieś 33–100 tys. zł. Akurat na małe mieszkanie dla córki — twierdzi importer z Podlasia.

Cieszy się, też większość importerów: dobre, tanie rozwiązanie. Ale już niedługo radość zmieni się w konsternację. I rozpacz. Tak bywa, gdy płaci się za kota w worku. Lub w sieci.

Fatamorgana

Importerzy nie wiedzą jednego: że to, za co zapłacili, w rzeczywistości nie istnieje.

— Do dziś nie powstała w Polsce ani jedna sieć zbierania pojazdów, spełniająca określone prawem wymogi. Dlatego wszystkie takie oferty Forum Recyklingu Samochodów (FORS) uważa za próby oszustw. Ostrzegamy również stacje demontażu, które zawarły umowy z organizatorami takich sieci: trzeba sprawdzić treść umów, czy nie stały się odpowiedzialne za utworzenie sieci lub nie współuczestniczą w wyłudzaniu pieniędzy. Wbrew pozorom, sieć recyklingowa to gigantyczne i kosztowne przedsięwzięcie, na które na razie nie ma pieniędzy — twierdzi stanowczo Adam Małyszko, prezes FORS.

Nie przesadza. Artykuł 11 ustawy mówi wprost: „Wprowadzający pojazd jest obowiązany zapewnić sieć zbierania pojazdów, obejmującą terytorium kraju w taki sposób, aby zapewnić właścicielowi możliwość oddania pojazdu wycofanego z eksploatacji do punktu zbierania pojazdów lub stacji demontażu położonych w odległości nie większej niż 50 km w linii prostej od miejsca zamieszkania albo siedziby właściciela pojazdu”.

— Rzeczywiście, dotarły do nas sygnały o firmach, które oferują sieć, ale z tego, co nam wiadomo, to pośrednicy, a nie stacje demontażu — dlatego w świetle ustawy ich działalność jest niezgodna z prawem — twierdzi Izabela Szadur, inspektor z Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska (GIOŚ).

Informacji tych było ponoć tak wiele, że Ministerstwo Środowiska zamieściło na swej stronie internetowej oficjalne stanowisko w tej sprawie. Resort przyznaje, że: „rozpoczęły działalność firmy, które w rozumieniu przepisów ustawy nie są wprowadzającym pojazdy oraz nie prowadzą działalności w zakresie demontażu bądź zbierania pojazdów. Firmy te nie reprezentują również wprowadzających pojazdy ani żadnej stacji demontażu. Działalność tych firm polega na zawieraniu umów ze stacjami demontażu, a następnie proponowaniu »zorganizowanej sieci« wprowadzającym pojazdy, którymi w większości przypadków są importerzy, chcący uniknąć w ten sposób opłaty w wysokości 500 zł, ponieważ dane firmy proponują stawki znacznie niższe za każdy wprowadzony pojazd. Należy z całą stanowczością zaznaczyć, że działalność firm, nie będących stacjami demontażu, ani nie działających jako reprezentujący stacje demontażu, które działają wyłącznie we własnym imieniu, jest niezgodna z obowiązującymi przepisami ustawy o recyklingu pojazdów wycofanych z eksploatacji”.

Skoro sieć nie istnieje, to za co w takim razie płacą importerzy? Konsekwencje za brak sieci uderzą właśnie w nich, bo to importerzy właśnie — zgodnie z ustawą — muszą zapewnić sieć. Nie zapewniają, no to płacą karę.

— Główny Inspektor Ochrony Środowiska ustala dodatkową opłatę za brak sieci — w wysokości odpowiadającej połowie kwoty niewpłaconej opłaty za brak sieci — twierdzi Sławomir Mazurek, rzecznik prasowy ministra środowiska.

Ktoś chyba nie kupi córce mieszkania...

Papier z hologramem

Dotarliśmy do dwóch firm, które — nie dysponując stosownymi sieciami — proponują umowy i handlują fikcyjnymi oświadczeniami (zdaniem GIOŚ — takich przedsiębiorstw jest znacznie więcej). Jedną namierzyliśmy w Warszawie, drugą — w Poznaniu.

Oto Polska Sieć Recyklingu Pojazdów sp z o.o. Z jej strony internetowej wynika, że ma biuro w centrum Warszawy. Teoretycznie, bo w bloku mieszkalnym przy Karmelickiej nikt o niej nie słyszał. Nawiązaliśmy kontakt z jednym z jej handlowców.

— Możemy podpisać umowę po świętach. Jedno oświadczenie. Wychodzi około 200 zł — twierdzi handlowiec.

— Ale ta sieć istnieje? — upewniamy się.

— Oczywiście, w całej Polsce, zgodnie z ustawą — słyszymy spokojne zapewnienie.

Kłamstwo.

Drugą firmę — Eko-log s.c. — namierzyliśmy w Poznaniu. Za jedno oświadczenie żądała od 170 do 205 zł, zależnie od liczby sprowadzanych pojazdów. Już nie żąda.

— Macie sieć? — pytamy jej współwłaściciela, Jakuba Smakulskiego.

— Tak, zgodnie z ustawą z 20 stycznia 2005 r. o recyklingu pojazdów wycofanych z eksploatacji.

— Ogólnopolską?

— Artykuł 11 tej ustawy nic nie mówi, czy sieć ma być ogólnopolska, czy może obejmować zasięgiem tylko, dajmy na to, okolice Poznania. Dlatego wyjaśniamy tę sprawę z Ministerstwem Środowiska. Gdyby były choćby dwa słowa: cały kraj, to dla mnie sprawa jest jasna i prosta, że sieci nie mam.

— To przecież logiczne, że chodzi o cały obszar Polski.

— Dlaczego? To przecież nie wynika z zapisów ustawy. Moim zdaniem, ktoś po prostu „nie dorobił” tej ustawy i teraz to procentuje problemami z jej interpretacją. Ustawodawcy zabrakło precyzji.

— Sprawa trafiła do prokuratury.

— Za sprawą naszej konkurencji, która robi własną sieć. To styl prowadzenia biznesu z zeszłej epoki.

— Skoro na dwoje babka wróżyła, czemu podpisujecie umowy i sprzedajecie oświadczenia?

— Już nie. Dla dobra klientów wstrzymaliśmy tę działalność — do czasu wyjaśnienia wątpliwości z ministerstwem. Chcemy mieć sprawę czystą i klarowną. Klienci, którzy żądają zwrotu pieniędzy, otrzymują je. Nie chodzi przecież o to, by się nachapać i zniknąć na Kajmanach.

Finał?

Jeszcze daleki. Sprawę firm oferujących wirtualne sieci bada Prokuratura Rejonowa Warszawa-Ochota.

— Zostało wszczęte postępowanie sprawdzające, policja wszystko bada. Na razie nie mogę ujawnić nic więcej — twierdzi rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Tymczasem mamy jedną radę: nie płacić za sieć, której nie ma. I w ogóle: sprawdzać, za co się płaci. Ale o tym przecież wszyscy już wiedzą.

Przynajmniej ze słyszenia.