Teoria oraz praktyka Unii Europejskiej w ogóle nie przewidują kategorii porażki, dlatego również ten szczyt w Brukseli musiał zakończyć się kompromisem. Gdy w sobotę o trzeciej nad ranem wciąż ciemny kładłem się podrzemać na podłodze w polskiej sali konferencyjnej w siedzibie UE, nie dopuszczałem innej myśli, jak obudzenie się za godzinkę czy dwie w jasnej już rzeczywistości — i tak się stało. Zmę-czona delegacja obwieściła nam sukces.
Istotę owego sukcesu i Polski, i Niemiec (oba państwa prowadziły główny spór, chociaż w jego tle toczyły się rozmaite pomniejsze) — znakomicie oddaje przywołana w tytule filozofia szklanki. Połową pełną z punktu widzenia Polski, a pustą dla Niemiec jest przedłużenie aż do roku 2017 (z tym, że od 2014 będzie to na żądanie zainteresowanego państwa) nicejskiego systemu ważenia głosów, w którym jesteśmy silni ponad miarę. W tym właśnie okresie zostanie przyjęty jakże ważny dla Polski kolejny wieloletni plan finansowy Unii Europejskiej. Ale od roku 2017 szklanka się odwraca i wchodzi w życie zasada podwójnej większości, prawnie utrwalająca hegemonię ludnościową Niemiec. Do sobotniej nocy było to dla Polski nie do przyjęcia — a jednak zostało przyjęte, tyle że z odłożeniem w czasie. Gdyby prezydent Lech Kaczyński nie skapitulował na takich honorowych warunkach, konferencja międzyrządowa i tak zostałaby przez szczyt Rady Europejskiej zwołana, ale Polska znalazłaby się na unijnym aucie.
Europejską klasę polityczną najbardziej zdumiało, że realnym decydentem w imieniu Polski okazał się nie obecny na posiedzeniu Rady Europejskiej prezydent, lecz wydający telefonicznie dyspozycje z Warszawy premier. Unijni partnerzy by się tak nie dziwili, gdyby pamiętali o pierwszych słowach Lecha Kaczyńskiego po jego prezydenckim zwycięstwie do brata: „Panie prezesie, melduję wykonanie zadania”. Notabene polityczna dominacja Jarosława (starszego o 45 minut) trwa od zawsze, wystarczy kupić sobie płytkę z filmem „O dwóch takich, co ukradli księżyc” i uważnie się przyjrzeć, który z bliźniaków był tam bardziej kreatywny. A tak całkiem na poważnie — przed Brukselą kilkakrotnie pisaliśmy, że powrót do zasady przewodniczenia delegacjom na szczytach UE przez polskiego premiera byłby konstytucyjną normalnością.
Jeśli konferencja międzyrządowa, której mandat został określony w sobotę, się spręży, to nowy traktat unijny zostanie przygotowany i może nawet podpisany do końca roku, a w życie wejdzie przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w czerwcu 2009 r. Oczywiście — jeśli znowu nie napotka gdzieś na rafy ratyfikacyjne, dlatego doradzalibyśmy pewne stonowanie optymizmu… Do traktatu przeszczepione zostaną niektóre postanowienia instytucjonalne eurokonstytucji. Unia otrzyma wreszcie podmiotowość prawa międzynarodowego, ale nie stanie się superpaństwem — flaga i hymn pozostaną symbolami nieoficjalnymi. Urzędował będzie stały przewodniczący UE o kadencji trwającej 2,5 roku — i to wydaje się rozwiązaniem dużo lepszym, niż zmieniające się co pół roku przewodnictwo szefa rządu kolejnego państwa, które wytycza na tak krótki okres priorytety dla całej wspólnoty. Komisja Europejska zostanie zmniejszona do 18 członków — i bardzo dobrze, bo nawet w gmachu przy rondzie Schumana w Brukseli nikt nie ma wątpliwości, że obecna liczba aż 27 komisarzy to administracyjna paranoja.
Kończąca się prezydencja niemiecka podkreśliła swoją hegemonię jak żadna inna w historii UE. Przypomnijmy, że w marcu, ku oburzeniu Włochów, przechwyciła do Berlina obchody półwiecza traktatów rzymskich. A na podsumowującym szczycie jej logo na specyficznym błękicie było wszechobecne — nawet na... wykładzinach podłogi w windach, którymi politycy dojeżdżali na obrady, a media na konferencje (ciekawe, czy te wykładziny pozostaną na pamiątkę…). Po raz pierwszy na szczycie objawił się trzeci (niemiecki) język urzędowy, standardem UE są francuski i angielski (nie dotyczy to oficjalnych unijnych dokumentów, które obecnie wydawane są we wszystkich równoprawnych językach państw członkowskich, łącznie z maltańskim). Były to dobrze przemyślane chwyty socjotechniczne, symbolicznie podkreślające prymat Berlina w Brukseli.
Na koniec wypada zapytać — a co to się stało ze słynnym pierwiastkiem, za który według premiera Jarosława Kaczyńskiego „warto było umierać”? Szybko trafił na polityczny śmietnik, gdy się okazało, że ewentualnie zainteresowani są nim wyłącznie Czesi. W tytule komentarza w ubiegłym tygodniu zasadnie nazwaliśmy go „Pierwiastkiem Pandory” — Rada Europejska po prostu bała się go otworzyć…