
„Puls Biznesu”: Polski Fundusz Rozwoju w związku z podpisaniem przez państwa Grupy Wyszehradzkiej Deklaracji Warszawskiej opublikował raport, z którego wynika, że w regionie musimy jeszcze wiele zrobić, by poziomem innowacyjności dorównać Europie Zachodniej. Okazuje się też, że w wielu aspektach Polska ma słabsze wyniki niż Czechy, Węgry i Słowacja — w rankingu Global Innovation Index otrzymaliśmy najniższą punktację. Czy rzeczywiście za 15 lat Grupa Wyszehradzka ma szansę stać się europejskim hubem innowacji? Konkurujemy z Niemcami, Wielką Brytanią… W tym czasie one również będą się intensywnie rozwijać.
Jadwiga Emilewicz, wiceminister rozwoju: Czy uda nam się zrealizować założenia, czas pokaże. Musimy jednak pamiętać, że w obszarze innowacyjności na świecie uwidaczniają się obecnie dwa bieguny. Na jednym są m.in. Stany Zjednoczone, Skandynawia czy Izrael — mają one duże zasoby kapitałowe, publiczne i prywatne, które można zainwestować w nowatorskie, ale ryzykowne projekty. Przyciągają najzdolniejszych studentów z całego świata oraz skupiają międzynarodowe korporacje.
Na drugim biegunie są biedniejsze regiony, których mieszkańców nie stać na kupowanie zachodnich urządzeń, ale mimo to chcą korzystać np. ze smartfonów. Paradoksem jest to, że np. w Indiach więcej osób ma smartfon niż dostęp do bieżącej wody. Ale to właśnie w tym rejonie uruchomiona została produkcja sprzętu dostosowanego do finansowych możliwości nabywców. W Polsce rozumiemy potrzebę tworzenia nowości technologicznych „za niższą cenę”.
Z drugiej jednak strony nasi informatycy i inżynierowie dorównują najlepszym na świecie. U nas tworzono grafen, produkujemy mikroprocesory, mamy zaawansowaną platformę chmurową gromadzącą dane z satelitów — EO Cloud. Te dwa aspekty powinniśmy połączyć i przekuć w sukces. W tym duchu realizowany jest m.in. konkurs Narodowego Centrum Badań i Rozwoju na autobus elektryczny nowej generacji, który przy zachowaniu określonych parametrów ma kosztować do 40 proc. mniej niż produkty obecnie dostępne na rynku.
W wielu przypadkach samodzielne realizowanie projektów nie jest możliwe. Dlatego musimy współpracować w obrębie Grupy Wyszehradzkiej i Unii Europejskiej. Obecnie trwa wyścig np. w obszarze rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji. Europa konkuruje w tym obszarze z USA. A przecież polscy programiści w światowym rankingu Hacker Rank zajmują trzecie miejsce, nasi studenci wygrywają międzynarodowe konkursy…
…tylko że znaczna część tych talentów jest natychmiast zatrudniana przez zagraniczne firmy. Jak zachęcić najlepszych do pracy w Polsce?
Część z tych osób chce pracować w międzynarodowych korporacjach — i tego nie zmienimy. I jeśli kiedyś Polak zasiądzie w fotelu globalnej korporacji, to będzie to promocja dla całego kraju. Ale oczywiście potrzebna jest równowaga. Programiści muszą otrzymać szansę na prowadzenie ambitnych projektów również w kraju.
W ciągu najbliższych dwóch lat w sferze publicznej ciekawych projektów ICT będzie bardzo dużo, np. w ramach programu Cyberpark Enigma. Jesteśmy również w trakcie powoływania fundacji, która ma koordynować Platformę Przemysłu 4.0. Mamy już gotowy, związany z nią projekt ustawy, który jeszcze w kwietniu wejdzie do wykazu prac Rady Ministrów.
Nieformalnie platforma działa już od blisko roku w ramach grupy roboczej, w skład której wchodzą przedsiębiorcy, w tym przedstawiciele dużych firm, ale też małe polskie spółki, jak Astor, produkujący roboty i sprzedający je głównie za granicę. W przyszłości chcemy też tworzyć centra kompetencyjne, w których mali przedsiębiorcy będą mogli zobaczyć, jakie technologie są dostępne obecnie na rynku, i dobrać właściwe do swoich linii produkcyjnych.
Problemem regionu jest duże rozproszenie firm, głównie z sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Ich często nie stać na inwestowanie dużych pieniędzy w innowacyjne technologie.
Nie poprowadzimy biznesu za przedsiębiorców, możemy ich w tym tylko wspierać. Rozwiązaniem może być tworzenie parków maszyn i promocja klastrów. Fakt, że nowoczesna gospodarka w Polsce powstawała dość późno, daje nam paradoksalnie przewagę nad innymi krajami. Dziś w wielu sytuacjach, zamiast powoli budować poszczególne struktury, możemy od razu zastosować najnowsze rozwiązania.
Przykład z bankowości: w kraju zupełnie nie przyjęły się czeki, od razu wskoczyliśmy na wyższy poziom i dziś jesteśmy liderami w obszarze płatności mobilnych i zbliżeniowych. Podobnie może być w przypadku innych dziedzin gospodarki, m.in. elektromobilności. Poprzez zmiany legislacyjnie chcemy ułatwić miastom zakup elektrycznych samochodów, a z drugiej strony wesprzeć finansowo projekty badawczo-rozwojowe realizowane np. na uniwersytetach. Trzeba łączyć innowatorów z korporacjami i samorządami, które w przyszłości będą odbiorcami ich technologii.
W Polsce współpraca na linii nauka-przemysł mocno kuleje. Jak chcecie zwiększyć zaangażowanie tych środowisk i zachęcić ich do wspólnych działań?
Elementy łączące naukę i przemysł w Polsce są nadal zbyt słabe. W obecnej perspektywie finansowej nastąpiło istotne przewartościowanie — robimy wszystko, by w projektach dotowanych z UE uczelnie zaczęły wreszcie realizować projekty na zamówienie przemysłu. Dla sfery nauki jest to wciąż trudne do zaakceptowania. Ale taki model współpracy powinien stać się normą, zwłaszcza dla uczelni technicznych. Zwiększyć aktywność naukowców we współpracy z firmami mają m.in. reforma instytutów badawczych i zmiana struktury finansowania uczelni planowane przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Zmiany wymaga choćby formuła finansowania przyuczelnianych Centrów Transferu Technologii, które powinno być uzależnione od efektów działania. Dziś nie wszystkie spełniają swoją funkcję w należyty sposób.
A czy pani zdaniem w Polsce młodzi inżynierowie czy informatycy mają wystarczająco dobre warunki, aby zakładać własne firmy?
Dużo teraz mówimy o tzw. małej działalności gospodarczej, czyli projekcie ustawy, która ma zachęcić do zakładania firm. Wejdzie ona w życie 1 stycznia 2018 r. Gwarantuje, że jeśli dochody przedsiębiorcy nie przekroczą miesięcznie 2,5-krotności najniższego wynagrodzenia za pracę, a w skali roku jego trzydziestokrotności, wówczas będzie on mógł płacić bardzo niskie składki na ubezpieczenie społeczne. Dodatkowo mamy już projekt „ulgi na start”, czyli półrocznego okresu bez obciążeń daniną ubezpieczeniową. Obecnie przedsiębiorcy korzystają z tzw. małego ZUS, gwarantującego niższe składki przez pierwsze dwa lata działalności. Na horyzoncie jest też prosta spółka akcyjna, która może być atrakcyjna dla start- -upów. Dla najbardziej kreatywnych i innowacyjnych na rynku jest też wiele tzw. inteligentnych pieniędzy, m.in. platforma PFR Venture, z której 3 mld zł trafi do start-upów i innych małych i średnich firm. Pieniądze będą rozdysponowywane nie przez administrację publiczną, ale za pośrednictwem funduszy venture capital. To element programu Start in Poland.
Czy sektor venture capital nie uzależnił się w Polsce od dotacji unijnych?
W ramach PFR Venture działać będą głównie te fundusze, które potrafią pozyskać na rynku dodatkowo kapitał prywatny. Pieniądze publiczne mają być dźwignią finansową, a nie podstawą dokonywanych inwestycji. Bardziej aktywne w tym obszarze powinny być również spółki skarbu państwa. Wprawdzie powoli, ale również one zaczynają współpracować z innowacyjnymi firmami. Np. PKO BP zainwestował w Zencard, czyli elektroniczną platformę rabatowo-lojalnościową, a Orlen promuje na swoich stacjach audiobooki z Audioteki. Finansowanie, jakie oferujemy w ramach PFR Venture, może być spożytkowane również przez korporacje, które innowacji chcą poszukać na zewnątrz. Na świecie fundusze korporacyjne działające w strukturach dużych firm są bardzo popularne, w Polsce wciąż musimy zachęcać do ich tworzenia.