Przez ostatnie ćwierćwiecze, a zwłaszcza od chwili wejścia Polski do Unii Europejskiej i podpięcia się pod unijne fundusze, nasz kraj znacząco rozbudował infrastrukturę. W ostatnich latach sektor finansów publicznych na środki trwałe przeznaczał około 60-80 mld zł rocznie.

Jednak przepaść w porównaniu z Zachodem nadal jest duża i celem administracji publicznej powinno być jej zasypywanie. Ciężar finansowy będzie ogromny, w dodatku będzie stopniowo narastał. Agencja Standard & Poor’s szacuje, że nasz kraj, aby utrzymać tempo rozwoju infrastruktury z ostatnich lat, musi do 2030 r. wyłożyć na ten cel 401 mld USD, czyli 1,37 bln zł przy obecnym kursie.
Sterydy się skończą
— W naszych szacunkach traktujemy infrastrukturę jako szeroko rozumiane zaplecze, które stanowi bazę funkcjonowania państwa: drogi, mosty, kolej, sieci energetyczne, sieci telekomunikacyjne, porty itp. Jeśli Polska ma utrzymać rozwój w tym obszarze na zadowalającym poziomie, czyli zaspokoić potrzeby infrastrukturalne, może się to wiązać z dużym obciążeniem finansowym dla państwa — mówi Beata Sperling-Tyler, główny analityk kredytowy Standard & Poor’s Rating Services.
Czy tak ogromną kwotę uda się Polsce znaleźć? Wydaje się, że do 2020 r. nie powinno być z tym problemów. Do Polski będzie płynął szeroki strumień unijnych funduszy (82,5 mld EUR na lata 2014-20), co razem z wydatkami krajowymi rządu i samorządów powinno wystarczyć do utrzymania wydatków infrastrukturalnych na poziomie zbliżonym do obecnego (20,2 mld USD w 2013 r.).
— Polska jest dobrze przygotowana do wykorzystania funduszy unijnych z nowej perspektywy finansowej, co oznacza, że prawdopodobnie uda jej się utrzymać dotychczasowy poziom nakładów na środki trwałe. Do końca dekady modernizacja nie powinna więc spowolnieć — mówi Beata Sperling-Tyler. Problemy zaczną się jednak od 2021 r. Unijne fundusze z obecnej perspektywy już będą wygasać (na rozliczanie dotacji będzie czas do końca 2022 r.), a nowa pula będzie dla Polski niemal na pewno znacznie skromniejsza.
— Kwota, jaką Polska otrzyma na lata 2021-27 na politykę spójności, będzie z pewnością nieporównywalnie mniejsza niż obecne 82,7 mld EUR. Jeśli dostaniemy połowę tej kwoty, będzie to niezły wynik. Do tego czasu zmniejszymy bowiem jako kraj dystans do średniej unijnej pod względem PKB na mieszkańca i części polskich regionów przestanie przysługiwać pomoc z UE — twierdzi Jerzy Kwieciński, ekspert Business Centre Club, były wiceminister rozwoju regionalnego.
Pod rękę z biznesem
Trudno konkretnie prognozować, jak dużo zabraknie rządowi na finansowanie infrastruktury. Eksperci są jednak przekonani, że będą to kwoty liczone w wielu miliardach złotych. Tu z pomocą może przyjść sektor prywatny.
— Jesteśmy przyzwyczajeni do stereotypu, zgodnie z którym za budowę infrastruktury odpowiada rząd. W wielu krajach zachodnich ten model jednak od jakiegoś czasu się zmienia i coraz większy udział w finansowaniu projektów infrastrukturalnych zaczynają odgrywać inwestorzy prywatni. Wszystko wskazuje na to, że Polska będzie podążać tą samą drogą — przekonuje Beata Sperling-Tyler.
Jej zdaniem, największy potencjał do włączenia się w ten proces mają banki, firmy ubezpieczeniowe i fundusze emerytalne. Tak jak teraz mogą kupować obligacje Krajowego Funduszu Drogowego, tak kiedyś prawdopodobnie będą mogły w podobny sposób i na szerszą skalę inwestować w budowę dworców, lotnisk czy szpitali. Szansę na rozwój dostanie też partnerstwo publiczno-prywatne. Ponadto, rząd będzie prawdopodobnie w większym stopniu niż obecnie inwestować w infrastrukturę za pośrednictwem przedsiębiorstw państwowych, a te — z udziałem rynków finansowych.
— Należy oczekiwać, że zmieni się struktura inwestycji infrastrukturalnych. Ciężar będzie przesuwał się z budowania dróg na inne obszary, np. na inwestycje w energetyce. Przez to odpowiedzialność za inwestycje przeniesie się z rządu do spółek skarbu państwa, a te będą zdobywać finansowanie na rynku, od inwestorów prywatnych — mówi Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole.