Polska uniknęła kredytowej suszy

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2011-10-04 00:00

W Europie odsetek odrzucanych wniosków o kredyt wzrósł w kryzysie czterokrotnie. U nas się nie zmienił

W 2007 r., kiedy nic nie zapowiadało jeszcze recesji w Unii Europejskiej, Eurostat zbadał skuteczność małych i średnich firm w ubieganiu się o kredyt. Okazało się wówczas, że statystyczny bank odrzucał tylko jeden wniosek kredytowy na 31 złożonych (wskaźnik wyniósł 3,2 proc.). Trzy lata później Eurostat powtórzył badanie. Wyniki pokazują, że o kredyt jest dziś znacznie trudniej — odsetek odrzucanych wniosków urósł czterokrotnie. Z kwitkiem z banku odchodzi już co ósma firma (12,9 proc.).

Raz za dużo, raz za mało

— Europejskie banki mocno ograniczyły chęć do udzielania kredytów przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze, chronią bilanse. W czasie kryzysu finansowego ostatnia aktywność, o której myślą bankierzy, to rozwijanie akcji kredytowej. Po drugie, sytuacja finansowa firm się pogorszyła, a więc bankom ubyło potencjalnych klientów — tłumaczy Adam Antoniak, ekonomista Banku BPH.

Najmocniej firmom dokręciły śrubę banki w Bułgarii — odrzucany jest tam już więcej niż co trzeci wniosek o kredyt. Trudne zadanie mają też przedsiębiorcy z Irlandii i Łotwy, gdzie do kosza trafia jedna czwarta wniosków, oraz z Holandii i Litwy, gdzie odrzucana jest ponad jedna piąta aplikacji. To nie przypadek, bo właśnie te kraje wcześniej słynęły z wyjątkowo luźnej polityki kredytowej.

— Kraje bałtyckie czy Irlandia to typowe przykłady krajów, w których przed kryzysem banki udzielały zbyt wiele kredytów, co prowadziło do baniek spekulacyjnych i przegrzania gospodarki. Teraz muszą łapać równowagę, więc wahadło przechyliło się w drugą stronę i kredytów płynie zbyt mało — mówi Adam Antoniak. Na koniec sierpnia zadłużenie bankowe firm ze strefy euro wynosiło 4,72 bln EUR — wynika z danych Europejskiego Banku Centralnego.

Przez trzy lata niemal się nie zmieniło — w sierpniu 2008 r. też wynosiło 4,72 bln EUR i od tego czasu wahało się w górę i w dół o maksymalnie 3 proc. (choć przed kryzysem roczna dynamika sięgała 14 proc.). To znaczy, że statystyczne przedsiębiorstwo w Eurolandzie przez trzy lata jedynie rolowało swój dług — zaciągnęło dokładnie tyle kredytu, ile spłaciło. Czyli nagle kredyt przestał stymulować wzrost gospodarczy.

Autoselekcja

Tego szoku uniknęła Polska. W naszych bankach nadal kredyty są stosunkowo łatwo dostępne — w czasie kryzysu tylko nieznacznie wzrósł odsetek odrzucanych wniosków. W 2007 r. z kwitkiem odchodziło 3,7 proc. przedsiębiorców, a w 2010 r. było ich 4,3 proc. Dziś o kredyt łatwiej tylko w Finlandii, na Cyprze i Malcie. — Kryzys miał w Polsce wyjątkowo łagodne oblicze.

Utrzymaliśmy wzrost gospodarczy, firmy były w stanie obsługiwać swoje zobowiązania, a sektor bankowy był stabilny. Banki nie musiały więc tak drastycznie zaostrzać polityki kredytowej — mówi Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego. Niski i stabilny odsetek odmów udzielenia kredytu może wynikać też z polskiej specyfiki, jaką jest niechęć drobnych firm do korzystania z zewnętrznego finansowania.

Według badania Pekao, w Polsce tylko 28 proc. małych i średnich przedsiębiorstw korzysta z kredytu przy prowadzeniu inwestycji. W krajach UE odsetek ten wynosi 70 proc. — Polscy przedsiębiorcy sami dokonują selekcji, czyli idą po kredyt do banku głównie te firmy, którzy rzeczywiście mogą sobie pozwolić na zewnętrzne finansowanie — tłumaczy Monika Kurtek.

Czy polskie banki utrzymają przyjazną politykę kredytową? To zależy przede wszystkim od polityków strefy euro. — Jeśli Grecja zbankrutuje i banki europejskie poniosą realną stratę, znowu wzrośnie nerwowość na rynkach finansowych. Instytucje finansowe nie będą sobie ufać i pożyczać pieniędzy, a więc ograniczą skłonność do kredytowania firm — mówi Adam Antoniak.