Prognozy dla inflacji w Polsce są dużo wyższe niż w strefie euro, co może mieć implikacje dla kursu złotego. Wiele osób martwi się wysoką inflacją, do tego stopnia, że prezes banku centralnego co rusz musi się tłumaczyć i przekonywać, że ceny w końcu wyhamują. Tymczasem w strefie euro sytuacja jest trochę inna — tam bank centralny wciąż ma problem z przekonaniem ludności, że inflacja może być wyższa i może osiągnąć cel inflacyjny. Ta rosnąca różnica w perspektywach inflacyjnych między Polską a strefą może być czynnikiem osłabiającym złotego.
W czwartek Europejski Bank Centralny (EBC) przedstawił kwartalne prognozy makroekonomiczne. Wyraźnie podniesione zostały prognozy wzrostu PKB na ten rok — z 4,7 do 5 proc., co w dużej mierze wynika z niezłych wyników gospodarki strefy w drugim kwartale. Prognozy dla inflacji zostały podniesione tylko minimalnie — z 1,5 do 1,7 proc., a na 2023 rok (horyzont dwóch lat) z 1,4 do 1,5 proc.
Tymczasem cel inflacyjny EBC wynosi 2 proc. i bank od dekady ma problem z jego osiągnięciem, nie licząc krótkich okresów, gdy inflacja rosła na skutek wyższych cen ropy i paliw. Mimo potężnej stymulacji monetarnej i fiskalnej oraz szybkiego ożywienia gospodarczego w dwuletniej prognozie wciąż nie widać osiągnięcia tego celu. Bank przekonuje, że będzie trzymał niskie stopy procentowe tak długo, aż prognozy będą zawierać osiągnięciel ub nawet przekroczenie celu. Ale te próby wyglądają trochę tak, jakby ktoś chciał popchnąć rzekę do przodu. Oczekiwania inflacyjne są tak potężnie zakotwiczone poniżej 2 proc., że trudno je zmienić. Do tego potrzebna byłaby trwała zmiana w polityce fiskalnej strefy euro i odejście od fiksacji na restrykcyjnych regułach dla długu publicznego i deficytu budżetowego. A na to w długim okresie się nie zanosi. Dlaczego polityka fiskalna jest tak ważna? Bo ona ma instrumenty stymulacji gospodarki, których polityka pieniężna — wyposażona jedynie w kontrolę nad stopami procentowymi (krótko- i długookresowymi) — nie ma.
Jednocześnie w Polsce mamy zjawisko odwrotne. Projekcje NBP pokazują, że w ciągu dwóch lat inflacja będzie w pobliżu górnej granicy celu inflacyjnego, czyli 3,5 proc. Co więcej — prezes NBP Adam Glapiński wskazuje, że dla banku centralnego dopiero inflacja przekraczająca ten poziom będzie powodem do zaostrzenia polityki pieniężnej. Czyli de facto NBP akceptuje trwałe przekroczenie przez inflację środka celu inflacyjnego (2,5 proc.) i ustawia nieformalnie cel na poziomie 3,5 proc.
Nie chcę teraz dyskutować, czy taka polityka ma sens. Są argumenty za i przeciw. Ciekawe jest natomiast pytanie o implikacje takiej polityki dla złotego. Jeżeli inflacja w Polsce będzie trwale wyższa, to znaczy, że ceny w Polsce będą rosły w stosunku do cen w strefie euro. Jeżeli kurs realny (kurs nominalny złotego po korekcie o różnice inflacji) będzie trzymał się parytetu siły nabywczej, czyli będzie zmierzał do utrzymywania stałej relacji cen między Polską a strefą euro, to w warunkach presji na wzrost cen w Polsce kurs nominalny złotego będzie się osłabiał.
Oczywiście można postawić pytanie, czy realny kurs walutowy trzyma parytet siły nabywczej, czyli stałą relację cen krajowych i zagranicznych. Są na to różne spojrzenia, ale przez ostatnią dekadę to podejście się sprawdziło. Wzrost cen w Polsce był sumarycznie o około 5 proc. wyższy niż w strefie euro (za cały okres), a kurs złotego osłabił się o około 7 proc. wobec euro. Więc jeżeli teraz Polska będzie miała sumarycznie w ciągu dekady inflację wyższą o 20 pkt proc. niż strefa euro, to złoty może osłabić się w nadchodzących 10 latach bardzo istotnie.