Polski przemysł włókienniczy może dziś wyprodukować wszystko — od technicznej tkaniny z drutu do najcieńszych, najdelikatniejszych przędz.
Od momentu powstania rodzimy przemysł włókienniczy nastawiony był na produkcję eksportową. Potwierdzeniem tego jest renoma, jaką w świecie przez lata cieszyły się tkaniny wełniane z Bielska-Białej, produkty eksportowane jako Polski Len, a przede wszystkim powstanie i rozwój Łodzi jako jednego z centrów europejskiego włókiennictwa. Lata istnienia przemysłu włókienniczego pokazały jednak, że rósł on w siłę, gdy wzmagał się eksport, a nikł, gdy zmieniająca się sytuacja gospodarcza zamykała dostęp do rynków zbytu. Przedstawiciele branży pytani, czy polskie firmy włókiennicze nadal mogą pochwalić się produktami rozpoznawalnymi, uznanymi i poszukiwanymi na rynkach zagranicznych, dyplomatycznie odpowiadają, że wciąż posiadamy... potencjał produkcyjny.
Burzliwa przeszłość
1980 był rokiem największej produkcji w polskim przemyśle włókienniczym.
— W latach 80. blisko 10 polskich zakładów produkowało 120 mln metrów tkaniny wełnianej rocznie. Połowa trafiała na rynki państw Europy Zachodniej, 30 proc. — na rynki wschodnie, a 20 proc. — pozostawało w kraju. Dekoniunktura nastąpiła w latach 90., po uwolnieniu ceł w handlu międzynarodowym — mówi Leszek Oszczygieł, specjalista ds. rynku wewnętrznego i technologii włókienniczej w Polskiej Izbie Odzieżowo-Tekstylnej.
Jak zatem wytłumaczyć paradoks likwidowania przemysłu dającego dobre i poszukiwane wyroby?
— Zmiana systemu politycznego w końcu lat 80. następowała równocześnie z radykalnymi decyzjami gospodarczymi. Zastosowano terapię szokową — w ciągu jednej doby zmieniono kursy walutowe, co uderzyło przede wszystkim w przedsiębiorstwa. Zmiany w organizacji polskiego handlu zagranicznego i rozpad ZSRR przyczyniły się do zniszczenia istniejących sieci dystrybucyjnych. Zniesiono monopol państwa na handel zagraniczny bez wprowadzenia prawnej ochrony rynku wewnętrznego. Zaowocowało to lawinowymi dostawami tekstyliów z Dalekiego Wschodu po znacząco zaniżonych w deklaracjach celnych cenach. W końcu nasz przemysł włókienniczy wykończyła wojna cenowa między samymi producentami — zaczęli sprzedawać towary poniżej kosztów wytwarzania — tłumaczy prof. Jan Wnuk, dyrektor Beskidzkiego Instytutu Tekstylnego.
W Unii Europejskiej przemysł lekki właściwie zachował się we Włoszech, w Hiszpanii, trochę w Portugalii i Belgii.
— Naszą pozycję w produkcji tekstyliów i odzieży w Europie w latach 90. bezpośrednio podkopali Włosi — oferowali lepsze wzornictwo, proponowali konkurencyjne warunki kredytów kupieckich, gdy my potrzebowaliśmy zaliczek na surowce do produkcji — twierdzi Leszek Oszczygieł.
Trudna marka
Obecnie tylko jedna czwarta produktów polskiego przemysłu lekkiego jest eksportowana do krajów UE pod własną marką.
— Sukces w tej branży zależy od wielu czynników. Może to być pomysł na dotarcie do potencjalnego klienta, zagospodarowanie niezauważonej na rynku zagranicznym niszy czy w końcu tradycja i renoma danej marki, która kojarzona jest z wyrobami wysokiej jakości. Polskie firmy włókiennicze mogą poszczycić się silnymi markami. Jednak nie zawsze kojarzone są one z Polską — mówi Aleksander Krzyżowski, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Wytwórców Produktów Markowych ProMarka.
Charakterystyczną tendencją zauważalną w branży włókienniczej jest tworzenie dla marek nazw obcobrzmiących. Może nasunąć się pytanie: dlaczego?
— Odpowiedź jest prostsza niż można by przypuszczać. Polskie firmy odzieżowe w fazie tworzenia marki nie kierują się obecnym —czyli macierzystym — rynkiem zbytu, patrzą w przyszłość. Kreując markę, przypisują jej cechy, które będą jednoznacznie postrzegane przez konsumentów na różnych rynkach. Stąd polskie firmy są matkami znanych w Europie: Tatuum, Reserved, Cropp Czy Troll — wyjaśnia Aleksander Krzyżowski.
Trudno im jednak powtórzyć sukces marketingowy i promocyjny, jakim niegdyś cieszył się za granicą np. Polski Len. I nie jest to kwestia jakości produktu, ale raczej odbioru polskich marek na Zachodzie.
— Produktami, które w naturalny sposób łatwo wypromować jako polskie, są wódka czy kiełbasa. Z dobrymi i markowymi produktami branży włókienniczej kojarzone są raczej takie kraje jak Francja czy Włochy. Wólczanka może być obecna i rozpoznawana pod własnym brandem raczej tylko w wąskim gronie odbiorców specjalnych, np. firma szyje koszule dla angielskiego dworu królewskiego. W naszej branży łatwiej wypromować za granicą właśnie produkt ekskluzywny, który ma jakąś wartość dodaną. Nie możemy jednak konkurować z potężnymi markami zachodnimi, tym bardziej że nie jesteśmy już — tak jak jeszcze dziesięć lat temu — krajem taniej siły roboczej — mówi Rafał Bauer, prezes Wólczanki.
Dodaje, że w Polsce szyje się dużo dobrej jakości odzieży na zapotrzebowanie takich marek jak Boss czy Kenzo.
Jest szansa
Zdaniem profesora Jana Wnuka, nie jesteśmy jeszcze na straconej pozycji.
— Istnieje nadal polski potencjał produkcyjny, mamy atrakcyjne położenie geograficzne, kooperujemy z gospodarką UE i jesteśmy obecni na rynkach zachodnich. Mamy też dobre perspektywy eksportu na rynki krajów wschodnioeuropejskich. I posiadamy infrastrukturę surowcową i techniczną z silnym zapleczem badawczo-rozwojowym — wymienia prof. Wnuk.
Wielkie wyzwanie intelektualne temu zapleczu stawia obecnie technika, komunikacja, inżynieria drogowa, rolnictwo, medycyna, obronność czy ekologia.
— Przyszłością polskiego włókiennictwa są głęboko przetworzone wyroby, z dużym udziałem nowych obszarów zastosowań, np. tekstylia żaro- i ognioodporne, czy tzw. inteligentne ubrania nowej generacji z wmontowanymi sensorami czy elementami funkcyjnymi zintegrowanego systemu ostrzegawczego albo systemu nawigacyjnego GPS. Interesujący kierunek rozwoju produkcji innowacyjnych włókien polega na zastosowaniu do tekstyliów tzw. efektu pamięci kształtu. Polega on na zdolności przyjmowania przez materiał narzuconego kształtu pod wpływem ciepła, poniżej zaś określonej temperatury materiał powraca do struktury początkowej — konstatuje Jan Wnuk.