Dobre wyniki polskich spółek i wciąż dobre noty dla całej gospodarki nie poprawiły nastrojów na GPW. Krajowe fundusze wciąż liżą rany po przecenie z ostatnich miesięcy. Dodatkowo utrzymująca się niepewność na rynkach światowych rodzi obawy co do trwałości trendu wzrostowego (jeśli takowy w końcu by się pojawił). Bo zagraniczni inwestorzy mają niemałe zmartwienie i być może kolejny, jeszcze poważniejszy kryzys do przezwyciężenia. Chodzi o podnoszącą głowę globalną hydrę inflacji, wspieraną przez nieustającą hossę na rynkach energii, przy jednoczesnym ryzyku dalszego spowolnienia światowej gospodarki. Czyli, innymi słowy, inwestorom grozi tak nielubiana przez ekonomistów stagflacja.
Na stagflacji najbardziej ucierpiałyby rynki akcji. Powód? Przy wysokim koszcie pieniądza i wąskim rynku zbytu mało które przedsiębiorstwo zdecyduje się na nowe inwestycje — jeden z głównych fundamentów rozwoju każdej gospodarki. Z kolei inwestorzy portfelowi nie będą inwestować w bardziej ryzykowne instrumenty, za jakie uznaje się akcje, jeżeli całkiem przyzwoite zyski będą mogli osiągnąć na bezpiecznych lokatach.
Ale co ma Wall Street do Warszawy? U nas przecież do stagflacji czy większego spowolnienia daleko. Systematycznie umacniający się złoty sprawił, że polskie akcje nie są takie tanie z punktu widzenia zagranicznych inwestorów. W rezultacie duże fundusze wolą inwestować na walutach, niż ryzykować na mniej płynnym rynku akcji.
A co ma zrobić przeciętny inwestor? Może czas rozprawić się z mitem, że inwestycje w waluty są tylko dla najzamożniejszych. Warto. Nie wymyślono bowiem lepszego rozwiązania na pomnażanie majątku niż efektywna dywersyfikacja portfela pomiędzy różne klasy aktywów o niewielkiej wzajemnej korelacji.
Marek Rogalski
główny analityk First International Traders Dom Maklerski