Polskie fundusze w światowej ofercie

Grzegorz Nawacki
opublikowano: 2006-10-30 00:00

Polacy mogą kupować fundusze z Luksemburga czy Irlandii. A może odwrotnie — niech Europejczycy kupują nasze, skoro mamy lepsze wyniki.

Bardzo dynamicznie przybywa w Polsce funduszy zagranicznych. Jednym z głównych powodów ich słabej popularności są wyniki —z naszymi funduszami akcyjnymi nie może się równać żaden zagraniczny konkurent. Może więc czas, by one podbiły świat? Według naszych informacji, jeszcze w tym roku rozpoczną się rozmowy w amerykańskiej centrali AIG na temat wprowadzenia polskich funduszy do światowej oferty.

Inwazja gigantów

Grupy kapitałowe zadomowione w Polsce wprowadzają zagraniczne fundusze. Fortis oferuje FIO Fortis — fundusz parasolowy zarządzany przez Skarbiec oraz Fortis L — fundusz parasolowy zarządzany z Luksemburga. Legg Mason przejął od Banku Handlowego fundusze Citi, a jednocześnie wprowadził fundusze z USA. Do tego grona dołączyło AIG, które w parasolu obok polskich funduszy oferuje 6 zarządzanych przez AIG Global Investment Group.

Przedobrzyliśmy

Dla międzynarodowych korporacji nie ma znaczenia, czy aktywa lokowane będą w polski czy luksemburski fundusz — byle w obrębie grupy. Ma natomiast dla klientów. Polak, Niemiec czy Szwed — każdy chce zarabiać jak najwięcej. To umożliwiają polskie fundusze. Dlaczego zatem w parasolach im oferowanych nie ma naszych? Gdyby tylko grupa ING, DWS czy SEB chciała je wprowadzić do europejskiej oferty. Ale nie chce…

Paradoksalnie — jedną z przyczyn są ich doskonałe wyniki.

— Tegoroczne są światowym ewenementem. Doświadczeni inwestorzy wiedzą, że historyczne wyniki nie są gwarancją na przyszłość — mówi Piotr Klinowski z DWS.

Roczne stopy zwrotu rzędu 60 proc. działają jak sygnał alarmowy dla zachodnich inwestorów. Nie pomaga nam też sytuacja polityczna. To sprawia, że Polska odbierana jest wciąż jako egzotyczny rynek.

— Inwestorzy międzynarodowi wolą inwestycje w całym regionie niż w konkretnym kraju — zauważa Jacek Treumann, członek zarządu Legg Mason.

Teorię potwierdza inwestowanie przez fundusze typu Eastern czy Emerging Europe części pieniędzy w polskie akcje. Nie można pominąć ryzyka kursowego — mieszkańcy strefy euro już dawno o nim zapomnieli, a umacniający się złoty mógłby narazić ich na straty.

Jesteśmy za mali

Jednak prawdziwą przeszkodą jest zbyt mała płynność GPW. Templeton Eastern Europe Fund nie należy do największych, a ma aktywa wartości 1,15 mld EUR. Spośród wszystkich polskich funduszy tylko dwa mają aktywa powyżej 4 mld zł. Nawet gdyby polski fundusz sprzedawał się za granicą średnio, to w krótkim czasie na GPW napłynęłoby kilkaset milionów euro.

— Napływ takiego kapitału mógłby poważnie zachwiać polskim rynkiem, a dla zarządzających ulokowanie go byłoby nie lada wyzwaniem — dodaje Piotr Klinowski.

Kontratak

Mimo przeszkód nasze TFI nie wykluczają, że rozwiną skrzydła.

— Widzę potencjał wprowadzenia polskiego funduszu akcji na rynek w Czechach czy na Węgrzech —mówi Jacek Treumann.

— Bacznie obserwujemy rynki, na których obecna jest nasza grupa. Perspektywiczna jest Ukraina, ale tam na razie klasa średnia jest zbyt mało liczna — informuje Cezary Burzyński, prezes PZU TFI.

Zapowiada, że w perspektywie kilku lat wejście na tamtejszy rynek będzie możliwe. Na razie mieszkaniec UE może przyjechać do Polski i bez przeszkód otworzyć rejestr w polskim funduszu.