Czytasz dzięki

Polskie powojniki oplatają USA i Chiny

Podwarszawscy szkółkarze zadziwili światową branżę — ich clematisy rozprzestrzeniają się nawet na antypodach

Od wydzierżawionego 0,5 hektara i jeżdżeniu po Polsce za klientami do ponad 10 hektarów i ponad 2 mln sadzonek wysyłanych do 40 krajów na pięciu kontynentach. Firma Clematis Źródło Dobrych Pnączy właśnie zdobyła złoto i srebro w konkursie Interntional Grower of the Year. International Association of Horticultural Producers, międzynarodowe stowarzyszenie zrzeszające krajowe organizacje branży roślin ozdobnych, uznało polskie przedsiębiorstwo za „jedno z najbardziej innowacyjnych na świecie zajmujących się produkcją powojników i innych pnączy”.

POLSKA MYŚL NAUKOWA:
POLSKA MYŚL NAUKOWA:
Szczepan Marczyński, współtwórca i współwłaściciel firmy Clematis Źródło Dobrych Pnączy, stale obserwuje około 300-500 nowych odmian pnączy i rokrocznie wprowadza na rynek kilkadziesiąt. Ma też własne, opatentowane w USA i Japonii odmiany.
Fot. Marek Wiśniewski

Teoria i praktyka

— Skończyłem Wydział Ogrodniczy Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, tam doktoryzowałem się i pracowałem jako nauczyciel akademicki oraz współtworzyłem specjalizację: szkółkarstwo. W końcu postanowiłem sprawdzić, czy potrafię tylko uczyć, czy rzeczywiście robić. Wcześniej, będącna stypendium w Holandii, zobaczyłem szkółki produkujące clematisy [czyli powojniki — kwitnące pnącza — red.], w Polsce wówczas ta produkcja była marginalna. Uznałem, że tu ją zbuduję — opowiada Szczepan Marczyński, współtwórca i współwłaściciel Clematisu Źródła Dobrych Pnączy.

Rozpoczął od dzierżawy 0,5 hektara 30 lat temu razem ze swoim byłym magistrantem — Władysławem Piotrowskim.

— Byłem przekonany, że kluczowe jest szybkie osiągnięcie masy krytycznej — zaczęliśmy się wystawiać na targach, jeździliśmy po Polsce szukając klientów hurtowych, uruchomiłem też moje międzynarodowe kontakty z czasów pracy naukowej. Zostaliśmy poleceni do centrów ogrodniczych w Niemczech, Austrii, Wielkiej Brytanii i Norwegii i zaczęliśmy się rozwijać — mówi Szczepan Marczyński.

Już w 1992 r. Clematis wysyłał sadzonki nie tylko do 10 kraiów w Europie, lecz także do Stanów Zjednoczonych.

— To sprzedaż w USA umożliwiła nam inwestycje — tam cena rośliny była kilkukrotnie wyższa niż w Polsce, a kurs dolara był wyższy niż obecnie. Zgromadziliśmy fundusze i przeprowadziliśmy się w 1995 r. do Pruszkowa, gdzie obecnie mamy obsadzone ponad 10 hektarów i wystarczającą liczbę sadzonek, by budować kolejnerynki. Od 2014 r. rozwijamy chiński. To kraj, w którym clematis jeszcze kilka lat temu nie był znany, pojawili się Holendrzy, weszliśmy my i budujemy tam tę kategorię roślin praktycznie od zera — dodaje Szczepan Marczyński.

Słoń i mrówka

Co ciekawe — na większe odległości, m.in. do USA, sadzonki, zwłaszcza młode, są wożone… samolotem. Oprócz Ameryki Północnej i Azji podwarszawska firma ma na swojej mapie Amerykę Południową, w tym Chile i Argentynę oraz Afrykę. Około 65 proc. jej przychodów pochodzi ze sprzedaży zagranicznej.

— Oczywiście w starciu z Holendrami jesteśmy jak mrówka ze słoniem, tym niemniej zdobywamy kolejne kontrakty. Holandia to potęga pod względem umiejętności handlowych i rozwiniętego ogrodnictwa, które jest bardzo silnie wspierane w ekspansji zagranicznej przez państwo. My przebijamy się sami — przyznaje Szczepan Marczyński.

Mówi jednak o kilku wyróżnikach swojej produkcji. — Clematis można wyprodukować także w pół roku, nam zajmuje to trzy lata, dzięki temu roślina jest lepiej ukorzeniona, silniejsza itd. Postawiliśmy też na jak najszerszy asortyment — większość producentów decyduje się na te odmiany, które są najbardziej popularne. Ja założyłem, że będę jednocześnie cały czas szukał nowych, ciekawych, mniej znanych odmian. Mamy ich 1500, przy czym w stałej ofercie jest ich kilkaset, ale co roku wprowadzamy kilkadziesiąt nowości. Każdej roślinie towarzyszy ponadto pełna informacja na odpornej na mróz i promieniowanie UV etykiecie — z opisem i dobrym zdjęciem. To pozornie tylko szczegół, a naprawdę istotna rzecz dla klienta — twierdzi Szczepan Marczyński. © Ⓟ

OKIEM EKSPERTA

Wiatr w żagle

WOJCIECH WRÓBLEWSKI, prezes Związku Szkółkarzy Polskich

Mamy całkiem sporo szkółek, które zyskały światowe uznanie — polskie rośliny trafiają do najdalszych zakątków Europy czy Azji. Bardzo ważny dla nas jest rynek wschodni: Ukraina, Łotwa, Litwa, Estonia, Rosja i Kazachstan. Niektóre szkółki z powodzeniem eksportują też do Niemiec czy Holandii, powoli zaczynamy wchodzić na trudny rynek skandynawski, ale zdarza się, że docieramy nawet do Chin czy Nowej Zelandii. Polscy szkółkarze po latach zbierania doświadczeń łapią wiatr w żagle. Zmagania z gorszym niż w Holandii czy Francji klimatem owocują odporniejszymi na warunki atmosferyczne odmianami. To niezaprzeczalny atut naszego materiału szkółkarskiego. Obiektywnie — to też dobry czas dla ogrodnictwa. Światowy popyt na rośliny ozdobne wzrasta, bo rosną i zmieniają się potrzeby i wymagania klientów, którzy chcą mieć wokół siebie piękne otoczenie. Ponadto dojrzewa świadomość, że rośliny to nie tylko ozdoba, coraz bardziej doceniany jest ich wpływ na zdrowie i komfort życia. Poza tym wraz z inwestycjami drogowymi realizowane jest zazielenianie terenu, a miasta walczą o lepsze powietrze. W każdym z tych przypadków rośliny są niezastąpione.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane