Jednym z największych obecnie problemów polskich firm IT jest brak wykwalifikowanych pracowników, o czym pisaliśmy niedawno. Jednak nie dotyczy on wyłącznie najmniejszych ani najmłodszych przedsiębiorców — specjalistów IT coraz trudniej zatrudnić także dużym przedsiębiorstwom.
— W zeszłym roku potrzebowaliśmy większej grupy informatyków do pewnego projektu. Udało się ich zatrudnić, ale było to jedno z najtrudniejszych zadań, z jakimi się zetknęliśmy. Gdybym miała dzisiaj doradzić coś młodym ludziom, powiedziałabym jedno: idźcie na informatykę — mówi Olga Zacharowicz, dyrektor zarządzający ds. HR w grupie PZU.
Jeśli PZU miało trudności ze znalezieniem osób do pracy, jak poradzą sobie z tym mniejsze firmy?
Zapłacą dwa razy więcej
Powodem, dla którego przedsiębiorcy mają dzisiaj problem z zatrudnieniem specjalistów z branży IT, jest m.in. duża liczba chętnych do ich zatrudnienia również wśród globalnych koncernów, szczególnie w ramach centrów usługowych. Polskim firmom trudno wygrać z nimi wojnę o pracowników. — Korporacje zagraniczne korzystają z nadal dużej dysproporcji w wynagrodzeniach pracowników w Polsce i na Zachodzie, tworząc u nas „fabryki”, zatrudniającewykwalifikowanych w kierunku informatycznym pracowników. Będą przebijały każdą kontrofertę w wyścigu po pracownika — twierdzi Piotr Nowak, właściciel Nazwa.pl.
— Są to firmy bardzo silne kapitałowo, również dzięki temu, że mogą osiągać wysokie przychody ze współpracy z zagranicznymi klientami. Na przykład klienci z USA za dzień pracy programisty płacą ok. 3-5 tys. zł, a polscy klienci ok. 1-1,5 tys. zł. Tym samym zagraniczna firma działająca na naszym rynku, a współpracująca z klientami z USA, jest w stanie osiągnąć na polskim programiście 60-100 tys. zł przychodu miesięcznie, natomiast polska firma za tego samego człowieka dostanie w Polsce ok. 20-30 tys. zł — tłumaczy Marcin Warwas, wiceprezes Comarchu.
Przedsiębiorcy zwracają uwagę, że polskie firmy mają niewielkie szanse na obsługiwanie zagranicznych klientów, bo bariery wyjścia na zagraniczny rynek są ogromne.
— Comarchowi skuteczne wyjście za granicę zajęło 20 lat. Dzisiaj 50 proc. naszych przychodów pochodzi z rynków zagranicznych. Ale wtedy jeszcze takiej wojny o informatyków, z jaką do czynienia mamy teraz, nie było — mówi Marcin Warwas.
Jego zdaniem, polskim przedsiębiorcom trudno zdobyć zaufanie zagranicznych kontrahentów. Do tego część krajów nie wpuszcza bezwarunkowo obcych podmiotów na swój rynek. Polska żadnych barier nie stawia, a do tego dla wielu zachodnich korporacji przeniesienie „fabryki” do naszego kraju oznacza niższe koszty jej działalności.
Czarny scenariusz
Przedsiębiorcy z branży IT przestrzegają, że obecna sytuacja w niedługiej perspektywiemoże mieć fatalne skutki dla polskich firm IT i całej gospodarki.
— Musimy się liczyć z blokadą rozwoju polskich firm IT, zarówno tych posiadających konkretną historię, jak i zupełnie nowych, z ciekawymi pomysłami. Ponadto wzrosnąć mogą koszty IT dla polskich firm oraz administracji, ponieważ coraz większej ich liczby nie będzie stać na własną, dedykowaną informatykę. W konsekwencji innowacyjność wielu polskich firm będzie gorsza, bo sprawne IT jest jednym z ważnych elementów innowacyjności w każdym przedsiębiorstwie — zapowiada Marcin Warwas.
Jego zdaniem, poradzą sobie ci, którym udało się zbudować silną pozycję na rynku i wyjść za granicę. Gorzej z firmami, które dzisiaj zaczynają od zera. One nie będą miały szansy przetrwać. Jednak zamiast narzekać, warto się zastanowić, jak można zaradzić czarnemu scenariuszowi na rynku IT.
Zdaniem Piotra Nowaka, najlepiej byłoby przekonać społeczeństwo do współpracy. — Rozwiązaniem jest wzrost świadomości narodowej przeciętnego Polaka, poprzez masowe wspieranie przez Polaków polskich przedsięwzięć, polskich towarów itd. Tylko w taki sposób utworzymy kapitał w polskich firmach pozwalający na konkurowanie z firmami zagranicznymi, które również wspierają siebie nawzajem. To stworzy trwałe miejsca pracy — uważa Piotr Nowak.
Zawodówki dla informatyków
W myśl tego, dobrze by było, gdyby informatycy, zamiast wspierać zagraniczne korporacje, wybierali pracę w polskich firmach.
— Trudno jednak mieć pretensje do informatyków, którzy korzystają z wieloletniej, ciężkiej pracy włożonej w edukację, wybierając lepszą ofertę — zauważa Marcin Warwas. Lepszym pomysłem może być zwiększenie liczby osób, które zechciałyby zainwestować w taką edukację.
— Ludzie dzielą się na trzy grupy: mamy typowych humanistów, którzy nigdy nie będą informatykami, typowe umysły ścisłe, które mogą być doskonałymi specjalistami IT, oraz ludzi, którzy nie wiedzą, w którym pójść kierunku i nigdy nie będą dobrymi informatykami, ale odpowiednio pokierowani, mogą pracować w IT. Moim zdaniem, dzisiaj gra powinna rozgrywać się o tę ostatnią grupę, bo najlepszych specjalistów zabiorą zagraniczne korporacje — zwraca uwagę Marcin Warwas. Zdaniem Piotra Nowaka, informatyków można kształcić nawet w szkołach zawodowych.
— Skoro dawniej można było kształcić ślusarzy w szkołach zawodowych, to dlaczego teraz nie tworzyć szkół zawodowych dla informatyków? Aby programować zawodowo, nie potrzeba przerabiać fizyki, całek, różniczek, macierzy, uczyć się o polskich wieszczach i przekroju poprzecznym dżdżownicy. Po co utrudniać dostęp do takich zawodów, skoro dzisiaj być informatykiem znaczy tyle, ile 30 lat temu znaczyło zostać ślusarzem? Jedyne, czego wymagają korporacje informatyczne, to znajomość języka programowania — twierdzi Piotr Nowak.
Za mało działań
Taką szansę zauważyli już przedsiębiorcy zrzeszeni w Technoparku Pomerania, którzy angażują się we współpracę przy kształceniu młodych ludzi w technikach informatycznych. Fundacja NetCamp poszła jeszcze dalej, tworząc Kuźnię Programistów, czyli darmowy kurs programowania dla laików. Rząd również przekonuje, że na problem z brakiem specjalistów IT nie patrzy bezczynnie.
— Od dawna zwracamy również uwagę na rosnące zainteresowanie pracodawców absolwentami kierunków technicznych. Jednym z instrumentów przygotowanych właśnie w tym celu są tzw. kierunki zamawiane — napisało Ministerstwo Gospodarki w przesłanym do nas stanowisku. Dalej informuje m.in. o dążeniu do zwiększenia współpracy właścicieli firm ze szkołami zawodowymi, a także branżowych programach promocji, dążących do zwiększenia rozpoznawalności polskich marek za granicą, którymi w 2012 r. została objęta również branża IT/ICT.
— Funkcjonują już działania ze wsparciem rządu, które mają choćby inicjować zainteresowanie młodych ludzi informatyką. Jednak wciąż prowadzone są w niewielkim stopniu — twierdzi Marcin Warwas. Wydaje się też, że znacząco nie pomogą, bo problem tkwi głębiej.
— Nie jestem przeciwny wolnemu rynkowi. Ale wolny rynek powinien także dawać równe szanse. Obecnie sytuacja wygląda tak, jakby na arenę zostało wpuszczone stado doświadczonych, dużych lwów i tygrysów oraz liczne młode kocięta. I sędzia powiedział — walczcie, jest wolny ring — uważa Marcin Warwas.