Rząd zdecydował we wtorek, że wyda ponad 11 mld zł na dodatek węglowy dla gospodarstw domowych ogrzewających domy piecami na paliwo stałe – czyli głównie węgiel. Informacja jest istotna zarówno ze względu na kwotę (0,5 proc. PKB, spory wydatek), jak też rodzący się powoli problem.
Gospodarstwa domowe w Polsce wchodzą w okres niespotykanego wcześniej wzrostu cen energii. Rząd zaś zaczyna szukać sposobów, by ten wzrost kosztów rekompensować. Granica między uzasadnioną pomocą dla tych, którym przestaną się spinać budżety domowe, a zaburzeniem gospodarki, które może być bardzo kosztowne w krótkim, średnim i dłuższym okresie oraz utrudni transformację energetyczną uniezależniającą nas od Rosji, jest bardzo cienka.

Brak pomocy finansowej dla gospodarstw w ogóle nie wchodzi w grę w warunkach wzrostu cen węgla, gazu czy prądu o 100-200 proc. (a takie są możliwe zwyżki w nadchodzącym roku). Dla najuboższych gospodarstw może to oznaczać wręcz głód. Na to nie mógłby się zgodzić nawet najbardziej konserwatywny fiskalnie rząd. Jednocześnie jednak pomoc na dużą skalę może utrudnić walkę z inflacją oraz pozbawić gospodarkę niezbędnych bodźców cenowych do szybkiej transformacji energetycznej. Jeżeli chcemy, by gospodarstwa domowe szybko zwiększały efektywność energetyczną, gospodarka przestawiała się na nowe źródła energii, a kraj uniezależniał się od dostaw z Rosji, musimy za to zapłacić. Bodźce cenowe są najlepszymi bodźcami, które zapewnią relatywnie szybkie dostosowanie gospodarki – nie można ich całkowicie lekceważyć. Zdecydowana większość ludzi w Polsce jest w stanie wytrzymać skokowy wzrost cen bez zaburzenia podstawowych potrzeb życiowych.
W ekonomii często pisze się o dwóch zasadach, które powinny przyświecać efektywnej polityce dotacji do konsumpcji energii. Po pierwsze, dotacje powinny być skoncentrowane na najuboższych gospodarstwach domowych. Po drugie, powinny przyjmować raczej formę transferu pieniężnego, a nie regulacji cen – po to, by zapewnić działanie bodźców cenowych. Gospodarstwa widzące wzrost cen mogą same najszybciej znaleźć sposób, by się do niego dostosować.
Dodatek węglowy teoretycznie pod tym względem nie wydaje się złym rozwiązaniem, choć nie potrafię oszacować, czy jego wielkość i podstawowe zasady są odpowiednie. Akurat w przypadku węgla konsumpcja jest skoncentrowana w grupie najuboższych gospodarstw. Na przykład, wśród 20 proc. gospodarstw z najniższym dochodem niemal co siódme posiada piec na węgiel lub paliwo stałe, podczas gdy wśród 20 proc. gospodarstw z najwyższym dochodem tylko co dwudzieste piąte ma taki piec. Przyjmując wzrost cen energii jako rodzaj podatku, regresywność w przypadku węgla jest potężna – ubożsi płacą proporcjonalnie najwięcej. W przypadku gazu i prądu regresywność jest wyraźnie mniejsza.
Kłopot polega na tym, że potrzeby związane z różnymi transferami będą bardzo duże. Od początku 2023 r. dojdzie do potężnego wzrostu cen prądu i gazu dla gospodarstw domowych. Będzie drożało również ciepło systemowe. Co więcej, potrzeby będzie zgłaszał również prawdopodobnie sektor przedsiębiorstw – jeżeli dojdzie do wstrzymania dostaw gazu do Europy, zagrożona może być płynność działania niektórych firm.
W takich warunkach rząd powinien przyjąć zasadę, że pomaga tylko osobom z niskimi dochodami oraz firmom, których upadłość może wywołać kryzys systemowy. Resztę kosztów muszą wziąć na siebie inne gospodarstwa domowe, akcjonariusze firm oraz sektor bankowy w razie konieczności restrukturyzacji kredytów. W innym razie w krótkim okresie grozi nam utrzymanie wysokiej inflacji, a w długim - zbyt powolna transformacja energetyczna, skutkująca nawracaniem tego rodzaju kryzysów. Skoro tyle było mowy o tym, że powinniśmy zacisnąć zęby i wytrzymać wstrząsy związane z wojną w Ukrainie i sankcjami nałożonymi na Rosję, to może to zróbmy.
