W minionym okresie regularnie jeździł tylko prezydent. Wczorajsza wizyta Ewy Kopacz była zatem krokiem pożytecznym, i to nie tylko w wymiarze symbolicznym. Podczas rozmów dosyć niespodziewanie wypłynął wątek węgla kamiennego. Ale nie importowanego do Polski z Ukrainy, lecz odwrotnie — perspektyw naszego eksportu. Premier Arsenij Jaceniuk doskonale rozumie, że Ukraina długo nie pociągnie bez dostaw paliwa z Donbasu, zaopatrujących elektrownie w zachodniej części. Problem w tym, że są one ustawione właśnie na węgiel donbaski, a nie np. polski. Dlatego wymaga to technologicznej modernizacji instalacji cieplnych, aby Polska w ogóle mogła myśleć o ukraińskim rynku zbytu. Na razie to abstrakcja, ale pewna część naszego kredytu — w wysokości do 100 mln EUR w ciągu dziesięciu lat — może być skierowana właśnie na ten cel.

Drugim gospodarczym konkretem wizyty jest umowa w sprawie budowy interkonektora gazowego.
Co bardzo ważne, chodzi nie o rewers gazu rosyjskiego — który natychmiast był głośno oprotestowywany przez Kreml — lecz o dostawę gazu z terminali LNG w polskim Świnoujściu i litewskiej Kłajpedzie. Połączenie to umożliwi rocznie dostawę 10 mld m sześc. gazu na Ukrainę.
Unia Europejska jest coraz bardziej zmęczona problemami Ukrainy, a przede wszystkim chce uniknąć ponoszenia kosztów przejmowania Kijowa ze strefy wpływów Moskwy. Dlatego rząd Polski jest po prostu moralnie zobowiązany do podpisywania umów pomocowych, w końcu to myśmy zainicjowali cały projekt partnerstwa wschodniego. Pozostaje tylko prozaiczny problem — czy UE wesprze nas solidarnie, choćby przejmując część płatności.