Populizm może zniszczyć najlepszą gospodarkę

Janusz Lewandowski
opublikowano: 2006-09-01 00:00

Polityka często wygrywa z ekonomią. Wygrywa w imię tzw. dobra zwykłych ludzi, ale to na nich właśnie spadają konsekwencje ekonomii życzeniowej. Modelowy przykład to Argentyna, gdzie do dzisiaj nieźle wspomina się peronizm, który zniszczył kwitnącą gospodarkę Ameryki Łacińskiej, kokietując ludowe masy.

Ilustracją polskiego chciejstwa są rządowe umizgi do stoczni morskich. Zbliżające się w listopadzie wybory zaślepiają i przesłaniają ekonomiczny rachunek oraz reguły konkurencji, których pilnuje Bruksela. Uczestnicy wspólnego rynku Unii Europejskiej nałożyli sobie dobrowolnie swoisty kaganiec we wspieraniu biznesu z pieniędzy podatnika, po to właśnie, by polityka nie wygrywała bezkarnie z ekonomią. Pokusa, zwana dzisiaj „ekonomicznym patriotyzmem”, wcale w Europie nie maleje.

Akurat w branży stoczniowej Unia Europejska pozostawiła sobie margines pomocy publicznej, by sprostać konkurencji Azji Południowo-Wschodniej, bo tam biznes miesza się z polityką. Był czas i była szansa na uzgodnienie sensownej strategii dla tej szczególnej branży w Polsce, ale nasz skarb państwa zajęty był dzieleniem stoczni, wstawianiem działaczy Prawa i Sprawiedliwości do zarządów oraz awaryjnym dorzucaniem pieniędzy. No i zamiast współpracy mamy kolejny konflikt z Komisją Europejską — czyli szkodę zamiast unijnej życzliwości, jakże potrzebnej przy wykorzystaniu unijnych funduszy strukturalnych i wsparciu naszych interesów na Wschodzie.

Rząd rozwiązuje problemy, które sam tworzy. Tak było przed przełomowym dla Polski rokiem 1989 i dlatego wówczas się przewróciło...