Za oknem pustynny krajobraz. Mazowsza. Po chwili przenosimy się na Saharę.
Z Jackiem Pałkiewiczem i kilkoma bankowcami.
Oczyma wyobraźni.
Dwaj ochroniarze zastępują drogę. Nie ma przejścia. Dosłownie i w przenośni, bo obaj jak zwaliste głazy. Do tego głusi. Na argumenty.
— Mam bilet.
Siła moich argumentów nie poraża. Za to mam farta. W korytarzu dostrzegam znajomą postać.
— Jacek! Poznajesz?
Poznał. Czyli do Zakopanego będę siedział w przedziale z jednym z najbogatszych Polaków. Jego nazwisko musi pozostać nieznane. Zresztą i tak całą drogę przegadał przez telefon.
Twardy facet
Ostatnim razem Jacek Pałkiewicz dołożył mi w swojej szkole przetrwania we Włoszech. Kazał robić rzeczy, których normalny człowiek nie zrobiłby nawet za grubą kasę. Wraz z grupą kilku menedżerów musieliśmy żywić się tym, co znaleźliśmy w lesie, polować kijem na ryby, wisieć nad kilkusetmetrową przepaścią, brnąć po szyję w błocie i zapomnieć o wszystkim, co pomaga żyć w normalnym świecie, jak komórka, GPS czy choćby otwieracz do konserw. Co najciekawsze — zapłaciliśmy za to, i co najśmieszniejsze — wszyscy przeszlibyśmy to piekło raz jeszcze. Dzisiaj Jacek Pałkiewicz nadal żyje ze „znęcania się” nad biznesmenami. W przenośni.
Można o nim powiedzieć wiele, ale nie to, że jest nudnym facetem. Przeszedł samotnie Saharę, przepłynął samotnie Atlantyk pięciometrową szalupą ratunkową, żywiąc się latającymi rybami. Dotarł do bieguna zimna na reniferach. Pracował w kopalni złota w Ghanie. I jako ochroniarz w kopalni diamentów Yengeme w Sierra Leone. W 1996 r. zlokalizował źródło Amazonki. Twórca survivalu w Europie. Szkolił rosyjskich kosmonautów i europejskie jednostki antyterrorystyczne. Napisał kilkanaście książek.
Wyzwanie Sahara
Koła stukoczą. Za oknem nudny wiejski krajobraz: pola, traktor, pola, koń. Znowu traktor.
— Jak na pustyni — zauważam.
Ta niezbyt może bystra uwaga wystarczyła, żeby Jacek zaczął opowieść niezwykłą. O tym, jak niedawno z grupą kilku top menedżerów przeszedł Saharę. Na wyprawę namówił go Marek Gąsiewski z Marco Polo Travel. Dostał zamówienie od jednego z centralnych banków i zorganizował szkolenie „Sahara Challenging”, próbę sił czy jak ktoś woli — wyzwanie do ekstremalnego pojedynku.
— Poprosił mnie, żebym to poprowadził. „Sahara Challenging” miała podnieść profesjonalizm regionalnych kadr, wzbogacić ich osobowość i poczucie wartości. Marek twierdzi, że saharyjskie realia najlepiej stymulują silniejszą wiarę w siebie, determinację, odporność na stres czy ducha zespołowego. I ma rację — mówi Pałkiewicz.
Mijamy Piaseczno, ale naprawdę jesteśmy gdzieś na południe od El-Golea. Grupa Pałkiewicza wreszcie doszła do studni.
— Nagle dostrzegam drewnianą tabliczkę z napisem „Sarret assez bonne a 45 m”. Dramat. Okazuje się, że choć woda jest, to mamy za krótką linkę, żeby do niej sięgnąć. Zdychamy z pragnienia, siedząc przy studni pełnej wody. Nagle któryś z menedżerów proponuje: zróbmy brakujący kawałek z naszych ciuchów. Czekałem, czy ktoś wpadnie na ten pomysł —opowiada Pałkiewicz.
Karawana w Mali
Opowieść brutalnie przerywa steward z wózkiem. Pakuje się do przedziału i proponuje: kawkę, herbatkę, może coś zimnego? Przeganiamy intruza i wracamy na Saharę. Nasi menedżerowie jadą w solnej karawanie azalai w Mali.
To jeden z najstarszych szlaków handlowych przecinających Saharę: z kopalni w oazie Taoudenni do odległego o 800 km na południe legendarnego Timbuktu. Jak w przeszłości, dziś także każdy czeka na sól, nadal główny towar eksportowy Sahary. W 1980 r. przez rynek w Timbuktu przewinęło się 7,5 tys. ton tego produktu prawie za 2 miliony dolarów. W średniowieczu tą marszrutą, liczące 10 tysięcy wielbłądów karawany, przewoziły także kość słoniową, złoto i niewolników.
— Nasza była dużo skromniejsza. Liczyła raptem 80 dromaderów. Każdy niósł przytroczone przy boku cztery krystaliczne, lśniące w słońcu, ważące po 40 kilogramów bloki solne. W 10 do 12 godzin pokonywaliśmy średnio 40-45 kilometrów — relacjonuje Pałkiewicz.
Wokół kosmiczna pustka i złowroga martwa cisza. Żadnego punktu odniesienia ani śladu cienia. W oddali przemyka stado sprężystych gazel. Z lazurowego nieba bucha piekielny żar paraliżujący każdy ruch. Termometr na wysokości dwóch metrów wskazuje 43 stopnie w cieniu, zaś na ziemi osiąga prawie 60. Rozgrzany do białości piasek oślepia swoim blaskiem. Na dodatek niezwykły skwar potęguje gorący i suchym wiatr, który osusza organizm z resztek soków życiowych.
— Moi przyjaciele siedzący w siodłach są krańcowo zmęczeni i mają wręcz nierealny wygląd. Przypominają widma. Po lodowato zimnej nocy, przed szóstą, ruszamy w drogę — snuje opowieść Pałkiewicz.
Nasz biznesmen wciąż uzgadnia coś przez telefon. Cisza, koła nie stukoczą. Ciekawe, od jak dawna stoimy w szczerym polu?
— Nie zatrzymujemy się na obiad. Zwykle zjadamy w marszu trochę orzeszków ziemnych i daktyli. Kilkakrotnie w ciągu dnia poganiacz, krocząc wzdłuż karawany, podaje kilka łyków gorącej zielonej herbaty. Koi pragnienie jak mało co. Wody mamy pod dostatkiem, ale jest mętna, nasycona żelazem i siarką. Ma obrzydliwy smak — wspomina Pałkiewicz.
Połykacze ognia
Słońce coraz wyżej. Rzucane z rana przez zwierzęta gigantyczne cienie, teraz są ledwie widoczne. Ale oni brną do przodu. Pokonują jedną wydmę za drugą. Czasami barchany od strony zawietrznej są tak strome, że wielbłądy odmawiają zejścia w dół. Wtedy, kuśtykając na obolałych od jazdy w siodle nogach, ciągną je siłą, powodując zsuwanie się ze szczytu miniaturowych lawin piaskowych. Po przejściu karawany delikatny wiatr natychmiast zaciera ślady i nieogarnione przestrzenie znowu są tak samo dziewicze jak poprzednio. Morderczy upał paraliżuje ruchy.
— Trudno oddychać. Za każdym razem, gdy wciągam powietrze w płuca, czuję, jakbym połykał ogień. Odsłonięta skóra twarzy i rąk pali niemiłosiernie. Mamy poranione wargi, opuchnięte języki i coraz bardziej suche gardło. Organizm woła o wodę. Balansujemy na krawędzi przetrwania, przeżywając najokropniejsze chwile swojego życia. Moi towarzysze zapewne myślą sobie: kto, do cholery, mnie na to namówił i dlaczego się zgodziłem? Zastanawiamy się, jak długo jeszcze zdołamy wytrzymać — kontynuuje Pałkiewicz.
Przypomina sobie lokalne powiedzenie, że „w królestwie pragnienia i spiekoty upał może unicestwić człowieka tak jak ogień drewno”. Nie dodaje mu to otuchy. Do tego wszystko boli od nieustannego ruchu w twardym siodle. Pojawiają się omamy wzrokowe. Przed oczami migają czerwono-czarne płatki. Wielogodzinne kołysanie i wściekły upał wprowadzają w stan katalepsji.
— Przez chwilę wydaje mi się, że słyszę „Bolero”, jeden powtarzany motyw o narastającym natężeniu. Przypadek? Przecież to właśnie Sahara była inspiracją Ravela. Modlę się o niewielki choćby powiew wiatru, chociaż wiem, że gorący i suchy wiatr, potrafiący rozszczepić konar drzewa akacjowego, może dodatkowo osuszyć organizm. Modlę się, aby nic się nam nie przydarzyło, bo Tuaregowie nie zechcą na nas czekać — wspomina Pałkiewicz.
Ulga przychodziła dopiero wieczorem, kiedy błogie uczucie rozkosznego chłodu regenerowało siły, a ceremonia picia mocnej i niezwykle słodkiej, dającej ukojenie herbaty, podnosiła nadwyrężone morale.
Kres fantasmagorii
Za oknem krajobraz nieco odmienny. Tu i ówdzie białe skały. W oddali pojawiają się ruiny zamku z białociemnymi wieżami. Chyba Chęciny. A więc minęliśmy Kielce. Ale ten czas leci. Z tego, co mówi Pałkiewicz, wynika, że Sahara jest… No właśnie, jaka?
Trudno opisać w kilku słowach, bo największa pustynia świata ma wiele twarzy. Ludzi zwykle zdumiewa, że wydmy, najbardziej charakterystyczny element tutejszego krajobrazu, stanowią nie więcej niż 20 procent obszaru. Dziwią ich krańcowo różniące się opinie: „nie kończący się ocean piasku” albo „w tej części planety deszcze są nieznane” czy „w trakcie gwałtownej ulewy, która może zdarzyć się raz w roku, wadi, pradawne koryto rzeki, wypełnia się gwałtownie i rwąca woda unosi wszystko, co napotyka po drodze”. Albo: „palący żar pustyni zniewala” lub „nocą temperatura w masywie Hoggar spada do minus 10 stopni”.
Nie można zatem powiedzieć, że na Saharze nie ma wody, ani też, że jest ona wszędzie. Sahary nie da się opisać w kilku słowach.
— Na całej trasie napotkaliśmy tylko jedną oazę, czyli ksar, z palmami daktylowymi, uprawą jarzyn i tryskającą zbawienną wodą — opowiada Pałkiewicz.
Spędzili tam dwie doby. Kupili karmę dla zwierząt i drewno na opał. Zrobili zapas wody na 10 dni marszu, licząc średnio 4 litry na dobę na człowieka. Wielbłądnicy sprawdzili starannie stan gerb, bukłaków z koziej skóry, które cudownie chłodzą wodę. Uszkodzone przez kolczaste krzewy, uszczelnili garstką skręconego włosia wielbłąda.
— Po 17 niekończących się dniach, ostatkiem sił dowlekamy się do kresu tej pełnej fantasmagorii trasy. W nagrodę za nadludzki wysiłek w Timbuktu możemy się kąpać, sączyć zimne piwo, zasiadać do posiłku przy stole i delektować się wygodnym łóżkiem. Istna fortuna — podkreśla Jacek Pałkiewicz.
Imperium za bukłak
Pytam o tych biznesmenów. Czy dla nich ta atrakcja była wystarczająco motywująca.
— Są innymi ludźmi, sami to mówią. Ta wyprawa i inne, jakie robimy z Markiem, nie miała nic wspólnego z atrakcyjnymi podróżami motywacyjnymi, wycieczkami za pieniądze pracodawcy, mającymi często karykaturalne formy, które mają motywować do większych poświęceń, wydajności czy integracji. Tutaj twarda rzeczywistość i obciążenia na łonie nieprzyjaznej natury, z dala od wygód cywilizacyjnych, gdzie wszystko ogranicza się do esencjonalnego minimum, zabiera grunt spod nóg nawet najbardziej pewnym siebie szefom. To bezwzględny test charakteru i ludzkich możliwości, gdzie nie wystarcza wyrazista osobowość, kompetencja czy autorytet — dodaje Pałkiewicz.
Pociąg staje. Jesteśmy w Krakowie. Biznesmen i Pałkiewicz wysiadają. Mają jakiś wspólny interes, na tyle tajemniczy, że nikt o niczym nie mówi. I nie musi, bo opowieść o Saharze jest bardziej pasjonująca niż przyziemne historie o wielkich interesach.
Swoją drogą, ciekawe, jak zachowałby się nasz krezus z przedziału pod słońcem pustyni. Po ilu dniach oddałby połowę swojego imperium za skórzany bukłak ze śmierdzącą wodą?
