Czytasz dzięki

Porządzić dłużej choćby o tydzień

opublikowano: 19-07-2015, 22:00

Na podstawie przepisów Konstytucji RP i kodeksu wyborczego, prezydent RP zarządza wybory do Sejmu i Senatu w terminie mieszczącym się w 30-dniowych widełkach kalendarzowych.

Ma do wyboru cztery niedziele pod koniec kadencji, a którą wskaże — zależy wyłącznie od niego. Ponieważ jednak od skrócenia kadencji parlamentu w 2007 r. termin wyborów przesunął się z września na październik — w obiektywnym interesie państwa zawsze leży wariant jak najwcześniejszy. Pochodną daty głosowania jest data inauguracji Sejmu i Senatu, potem desygnowania kandydata na premiera, powołania nowej Rady Ministrów, wreszcie udzielenia wotum zaufania. Wchodzi się z tym głęboko w listopad, a przecież nowa ekipa musi z marszu przystępować do pracy nad budżetem, którego projekt zostawili poprzednicy. O ukończeniu ustawy do 31 grudnia i tak nie ma mowy, ale bezwzględnie powinna ona zostać ogłoszona najpóźniej w styczniu.

Cztery lata temu Bronisław Komorowski wykonał konstytucyjny obowiązek bez zarzutu. Wchodziły w grę warianty 9, 16, 23 lub 30 października 2011 r., a prezydent zarządził wybory w niedzielę najwcześniejszą. Decydowały jednak tamte okoliczności — stabilna sytuacja rządu Donalda Tuska wskazywała na bardzo prawdopodobną reelekcję, poza tym trwała prezydencja Rady UE i życzeniem premiera było jak najszybsze zakończenie stanu niepewności. Wtedy interes państwa zbiegł się z interesem ekipy trzymającej władzę i termin głosowania był bezdyskusyjny.

Radykalnie inna jest sytuacja tegoroczna, dlatego termin wyborów absolutnie nie jest neutralny.

Cztery możliwe niedziele wypadły następująco: 11, 18 i 25 października oraz 1 listopada. Dzień Wszystkich Świętych odpadł z powodów oczywistych. Naturalną powtórką dobrego wzorca z 2011 r. byłoby wyznaczenie wyborów 11 października. Tym razem jednak interes państwa ostro zderzył się z interesem trzymającej władzę Platformy Obywatelskiej, czyli partii odchodzącego prezydenta. Premier Ewa Kopacz liczy, że maksymalne wydłużenie kampanii zwiększa szanse PO na wygrzebanie się z dołka po klęsce prezydenckiej i zbliżenie się w notowaniach do prowadzącego PiS. Wierny partii Bronisław Komorowski wykonał zatem dla niej jedną z ostatnich politycznych usług i zarządził wybory dopiero na 25 października. Pech z tym 1 listopada, gdyby czwarta niedziela nie trafiła w święto — głosowalibyśmy jeszcze o tydzień później…

Osobiście przepuszczenie daty najwcześniejszej tym razem rozgrzeszam, miała ona bowiem wadę pozapolityczną. W niedzielę 11 października o godz. 20.45 piłkarze zagrają na PGE Narodowym mecz z Irlandią, decydujący o awansie do EURO 2016. Nałożenie na tę transmisję od godz. 21.00 wieczoru wyborczego spowodowałoby społeczne rozdwojenie jaźni i kumulację zbiorowego stresu, czego naprawdę lepiej uniknąć. Ale następna data — 18 października od dawna powszechnie funkcjonowała w obiegu publicznym, chociaż faktycznie bez podstawy, jako ogólnie akceptowalny termin wyborów. Prezydent zaskakującą decyzją o 25 października zrobił na odchodnym swoim politycznym pobratymcom prezent, zdefiniowany w tytule.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane