Postanowiłem nie reagować na panikę
Zaczynam na poważnie bać się o swoje pieniądze. Codziennie tracę sporą część kapitału. Jakby mało było tego, że rekomendacje rodzimych analityków mają się nijak do rzeczywistości, to jeszcze islamscy terroryści uderzyli mnie po kieszeni. Wierzę jednak fachowcom i nie zmieniam portfela. Czekam na otwarcie rynków w USA.
Pierwszą moją myślą po tym, jak dowiedziałem się o tragedii w Nowym Jorku, była chęć ucieczki z giełdy. Przyznam szczerze, że chciałem sprzedać wszystko co mam, a później niech się dzieje, co chce. Niestety, wiadomość o atakach na World Trade Centre i Pentagon dotarła do mnie już po zakończeniu sesji giełdowej. O mało nie wpadłem w panikę. Przed oczami miałem wizję kolosalnych spadków cen akcji w Warszawie następnego dnia. Zwłaszcza po tym, jak z telewizji dowiedziałem się o spadkach ponad 20 proc. na giełdach południowoamerykańskich. Później jednak zaczęli wypowiadać się nasi rodzimi analitycy, wśród których przeważał pogląd, że nie dojdzie do tak dużej przeceny papierów wartościowych w Warszawie. A nawet jeśliby doszło do spadku, to będzie on niewielki, a WIG po kilku sesjach odrobi straty.
Umiarkowanyoptymizm speców od giełdowych inwestycji spowodował, że postanowiłem zaryzykować i przeczekać — raz kozie śmierć. Nie po to przecież zapłaciłem ponad 100 zł prowizji na dotychczasowych transakcjach, by nic na tym nie zarobić. Do tej pory okazuje się, że chyba dobrze zrobiłem. Co prawda do spadku WIG-u w ubiegłą środę doszło, ale po pierwsze — faktycznie nie był on duży, a po drugie — następnego dnia podstawowe indeksy ruszyły nieco w górę. Niewiele, ale zawsze coś. Nadal się jednak niepokoję. Zapowiadane na czwartek wznowienie handlu akcjami na Wall Street zostało przesunięte na kolejne dni. Z komentarzy w gazetach wynika, że im później to nastąpi, tym lepiej. Amerykanie będą mieli sporo czasu na wyjście z szoku i być może nie przystąpią do zmasowanej sprzedaży akcji. Mam taką nadzieję, bo gdyby doszło jednak do tego, to już i mnie skończy się cierpliwość.
Jedno co wiem na pewno to to, że nie mam co liczyć na rekomendacje naszych biur maklerskich. Za nic w świecie nie chcą się sprawdzić i nie jest to bynajmniej sprawka islamskich fundamentalistów. Kilka domów maklerskich zaleca kupować lub akumulować akcje jednej z moich spółek — Prokomu. Niby więc nie mam się o co martwić. Wszak jestem posiadaczem walorów spółki o dobrych perspektywach i z dużym potencjałem wzrostowym. Ale co z tego, jeżeli kurs zamiast rosnąć, zachowuje się dokładnie odwrotnie? Bardziej niż o Prokom boję się jednak o Softbank. Mój niepokój wzrósł po tym, jak prezes spółki Aleksander Lesz przyznał, że jest przybity brakiem wiadomości o tym, czy jeden z głównych udziałowców — Bank of New York — nie ucierpiał w ataku na World Trade Centre. Pod koniec ubiegłego tygodnia w mym umyśle zaczęła kiełkować myśl, by pozbyć się posiadanych 35 akcji Softbanku, po tym jak dotarła do mnie wiadomość o spadkach notowanych w Londynie kwitów depozytowych firmy. Sam już nie wiem co robić. Co gorsza, nie ma mi kto pomóc. Na rynku brakuje nowych analiz, a rekomendacje ujawnione w tym tygodniu powstały jeszcze przed 11 września, czyli przed dniem zamachu na USA.
Ekonomiści, analitycy i doradcy inwestycyjni powtarzają jedno: bez paniki, trzymaj w portfelu to co masz. Na razie muszę tak zrobić.
Bez zmian: Po tym, co zdarzyło się w Stanach Zjednoczonych, nie zdecydowałem się na zmiany w portfelu. Być może dlatego, że o zdarzeniu dowiedziałem się juź po zamknięciu rynku.