Poszukiwanie prezesa, czyli los samobójcy

Beata Tomaszkiewicz
opublikowano: 2007-05-18 00:00

Jak wam się to podoba? Przychodzi członek rady nadzorczej do wybrańca i proponuje mu kandydowanie na stanowisko prezesa PKO BP. Członek rady to osoba poczciwa, więc wyjawia wybrańcowi, że niebawem rok będzie, jak bank jest bez prezesa. Że rada próbowała na różne sposoby, że ogłaszała kolejne konkursy, że zgłaszali się kolejni kandydaci, ale żaden nie przypadł właścicielowi do gustu. Uczciwie przyznaje, że nie wie, kto to taki ten właściciel — szef wszystkich szefów: minister J., może wiceminister Sz. czy też aż bracia K., a może osoba duchowna R.?

Członek ujawnia też, że już ostatnio rada była blisko wyboru. Że kandydaci byli wspaniali — młodzi, a już doświadczeni i bardzo ambitni. I nic. I że teraz uprzejmie prosi w imieniu rady, by wybraniec stanął do czwartego już konkursu na prezesa PKO BP i nie martwił się, że na szwank wystawia dobre imię, że zrobiona zostanie wiwisekcja jego majątku, duszy i moralności.

Wybraniec wie, że odrzuceni to Maria Pasło-Wiśniewska i Andrzej Klesyk. Pierwsza, dużej klasy specjalistka od bankowości, która już się sprawdziła w Pekao, głównym konkurencie PKO BP. Jej jedynym grzechem jest to, że związała się z niewłaściwym ugrupowaniem politycznym. Kontrkandydat to bankowiec z doświadczeniem międzynarodowym, twórca Inteligo i wiceszef The Boston Consulting Group. Ale do PKO BP się nie nadaje, bo został obsmarowany przez prasę związaną z osobą duchowną.

W tej sytuacji wybraniec, choć propozycja mile połechtała jego ego:

a) wysyła członka do diabła

b) zabija go śmiechem

c) daje wywiad, że nie kandyduje i kandydować nie będzie, a propozycję traktuje jak bezczelne najście i naruszenie dóbr osobistych.