Zaczęło się od przypadkowej fuchy. Pewien Niemiec poprosił o odnowienie powozu. Marek Doruch nie znalazł speca od takiej roboty. Wykonał ją sam.
Marek Doruch, wicemistrz Polski w ujeżdżaniu z lat 80., a dziś prężny biznesmen, może mówić, że to jemu mieszkańcy okolic Przełęczy św. Gotarda w Szwajcarii zawdzięczają dostatnie życie. Największą atrakcją tamtych stron jest przejażdżka dawnym powozem pocztowym. Paradny, pięciokonny zaprzęg zmierza nad przepaścią ku górskiemu przełomowi, gdzie na turystów czeka muzeum, restauracje i bajeczne widoki. 600 franków za podróż w stroju z epoki płacą nobliwe Japonki, nowożeńcy ze Stanów Zjednoczonych i turyści z Kanady.
— Renowacja tego pojazdu to największe zamówienie, jakie zrealizowałem. Moja firma pracowała prawie rok, by odzyskał dawny wygląd — mówi Marek Doruch, właściciel specjalistycznej pracowni w Niemczy koło Wrocławia.
Arystokracja w powozach
Bryczka, którą hrabia Andrzej Potocki na początku ubiegłego stulecia kazał przygotować dla królowej angielskiej, stoi w muzeum w Łańcucie. Monarchini podróżowała nią tylko raz, ale uroda pojazdu skutecznie zawróciła publiczności w głowie. Został opisany i kilkadziesiąt lat później skopiowany przez Dorucha. Teraz dodaje prestiżu pewnemu hrabiemu z Belgii.
— Dostałem zlecenie dlatego, że mój dobry znajomy opiekuje się stadniną hrabiego. Szepnął mu dobre słowo o mnie — tłumaczy Marek Doruch.
Hrabia tak dalece przekonał się do niemczańskiego rzemieślnika, że razem startują w zawodach tradycyjnego powożenia. W ubiegłym roku Doruch pod polską flagą brał udział w imprezie w Gages. Bryczkę przywiózł z Niemczy na lawecie, konie pożyczył od arystokraty.
— Zainteresowanie starymi pojazdami to efekt mody na Zachodzie. Tam zaprzęg kupuje się zgodnie z przynależnością do klasy społecznej. Zwykłym wozem jeżdżą mieszkańcy małych miasteczek i wsi, powóz zamawia arystokracja i ludzie wyjątkowo majętni — podkreśla Marek Doruch.
Trudna profesja
Odnawianiem starych pojazdów zajął się przypadkowo. W latach 80. zatrudnił się w berlińskiej stadninie. Do jego obowiązków należało objeżdżanie koni.
— Chciałem zarobić na mieszkanie, samochód i lepsze życie — wspomina.
Doruchowi kończyła się umowa o pracę i szukał kolejnego zajęcia. Prośba o pomoc w renowacji powozu przyszła niespodziewanie. Miał znaleźć kogoś, kto załata dziury w tapicerce, naprawi hamulce i odmaluje budę. Chętnego do takiej pracy nie było.
— To trudne zajęcie. Jedna osoba musi połączyć umiejętności stolarza, kowala, tapicera, lakiernika i rymarza. Wymaga skupienia i staranności. Nie każdy się tego podejmie — wyjaśnia rzemieślnik.
Co dla innych niewykonalne, dla Marka Dorucha było nęcącym wyzwaniem.
Sypały się kolejne zlecenia, założył więc firmę. Kupił stary młyn w Niemczy i zatrudnił specjalistów wysokiej klasy, którzy potrafią przerobić kawałek drewna w kunsztowny ornament, obić skórą siedziska i zrobić budę powozu, chroniącą przed deszczem.
Niemczański rzemieślnik długo szukał niszy.
— Polska to potęga w produkcji dawnych pojazdów. Musiałem odróżniać się od konkurencji. Postawiłem więc na pojazdy historyczne, stylowe — tłumaczy.
Jeżdżąc na specjalistyczne targi, kontroluje to, co robią inni europejscy producenci. Podpatruje, sprawdza nowe techniki, szuka kontrahentów.
— Mogłem zacząć biznes głównie dzięki oszczędnościom. Nie chciałem korzystać z kredytów. Obrastają kosztami i potem trudno je spłacić — twierdzi.
Tylko raz poszedł do banku po pieniądze na remont zabudowań należących do firmy.
Powóz jak Mercedes
Dziś w wyremontowanym budynku mieści się kilka pracowni. W innym znajduje się magazyn gotowych pojazdów. Wkrótce staną także wiaty. Pod nimi na remont czekać będą zniszczone dwukółki, bryczki i landa.
— Na takie pojazdy jest ogromne zapotrzebowanie. Co chwilę ktoś pyta o możliwość kupna czy choćby odnowienia — mówi Marek Doruch.
Klientów nie przeraża cena pojazdów. Najtańszy, jednoosobowy wózek na zawody sportowe kosztuje około 6 tysięcy złotych. Inaczej sprawa ma się z powozami. Trzeba zapłacić za nie około 20 tys. zł. Dziesięciokrotnie droższe są pojazdy paradne i nietypowe.
Ceny są wysokie, bo wiele elementów trzeba wykonać ręcznie, a inne sprowadzić z zagranicy. Chodzi przede wszystkim o nietypowe tkaniny, lakier i mechanizmy do hamulców.
Jeden ze zrekonstruowanych pojazdów Marek Doruch zaparkuje wkrótce pod własnym domem. To wagonetka piknikowa, wymarzona na eskapady w plener. Można nią pojechać w długą trasę, schronić się przed ulewą, a nawet przespać noc w podróży.
