Wczorajsze spotkanie prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego z kanclerz Angelą Merkel potwierdziło absolutną hegemonię polityczną Francji i Niemiec w Unii Europejskiej. Dwaj pozostali potentaci i udziałowcy G7, czyli Wielka Brytania i Włochy, to jednak inna liga. Niby nic odkrywczego, wszak założyciele wspólnoty już wielokrotnie namawiali się choćby przed szczytami Rady Europejskiej, ale mniejsi partnerzy często taką politykę krytykowali. Tym razem kryzysowe konsultacje Paryża z Berlinem obserwowane są z ogólną nadzieją.
Rynki z góry przyjęły jednak słuszne założenie, że dwustronny szczyt nie przyniesie niczego spektakularnego. Zwłaszcza że wielcy partnerzy podzieleni są na przykład w sprawie euroobligacji, które wybitnie nie podobają się rządowi Niemiec. Komisja Europejska dopiero jesienią przedstawi raport na temat wykonalności tego chwytliwego politycznie projektu. Jednak stopniowo zyskuje on coraz więcej zwolenników, co nie jest okolicznością pomyślną dla Polski.
Podobnie jak bardzo realne zwiększenie się częstotliwości spotkań w gronie siedemnastki zjednoczonej wspólną walutą. Zwłaszcza w czasie kryzysu nie ulega wątpliwości, że lepiej być tam w środku. Tkwiącym w poczekalni pozostaje jedynie pisać listy. Z Paryża nie nadeszły informacje, czy prezydent Francji i kanclerz Niemiec w jakikolwiek sposób odnieśli się do ubiegłotygodniowego listu premiera Donalda Tuska do szefów państw i rządów Eurolandu. Na razie pozostaje się cieszyć, że euroobligacje są tak trudne, bo jeśli wejdą w życie, to mogą pogłębić unijny podział.