Premier Ewa Kopacz przygotowuje chwalebne podsumowanie studniówki rządu, ale fanfary zagłusza dramat pacjentów odciętych od pomocy lekarskiej. Optymizm statystyki ogólnopolskiej, że „tylko” kilkanaście procent placówek nie podpisało umów z Narodowym Funduszem Zdrowia (NFZ), rozsypuje się w konfrontacji z nieszczęściem mieszkańców gmin, w których nieczynne są wszystkie przychodnie!

Zwiastunem zapaści było już uchwalenie 22 lipca 2014 r. nowelizacji ustawy zdrowotnej. Minister Bartosz Arłukowicz wykonał wydany przez premiera Donalda Tuska rozkaz skrócenia kolejek pacjentów chorujących na nowotwory. Charakterystyczny był fragment projektu odnoszący się do lekarzy rodzinnych: „Zwiększenie prestiżu zawodu oraz dodatkowe finansowanie za wzmożoną czujność onkologiczną i monitorowanie pacjenta onkologicznego we współpracy ze specjalistą”. Trzy pierwsze słowa to pustka, konkrety zawiera dopiero dalsza część. Środowisko medyczne od razu oceniło, że chodzi o sztuczne odchudzenie kolejek do specjalistów i przepchnięcie ich do lekarzy rodzinnych. W ich ocenie dodatkowe pieniądze są niewystarczające w stosunku do nowych obowiązków i procedur.
Skandalem jest jednak zamknięcie gabinetów przez członków Porozumienia Zielonogórskiego (PZ). To specyficzna federacja pracodawców, przerabiających publiczne pieniądze. W praktyce jednak PZ zachowuje się jak centrala związkowa. W noc sylwestrową właściciele gabinetów zerwali umowy z… własnymi pacjentami bez jakiegokolwiek okresu wypowiedzenia. A od 1 stycznia wyznają kuriozalną filozofię, że prawo nie nakłada na podmiot nieposiadający umowy z NFZ nie tylko obowiązku praktyki lekarskiej, lecz nawet… wydania pacjentowi od ręki jego dokumentacji medycznej.