Pracownicy Puław mówią „nie” Synthosowi

Kamil Koprowicz
opublikowano: 25-06-2012, 00:00

Niechęć związkowców towarzyszy każdej prywatyzacji. Nie każde przejęcie kończy się źle dla pracowników — mówią eksperci

Atmosfera wokół prywatyzacji Puław jest coraz bardziej gorąca. Związki zawodowe wydały oświadczenie, w którym apelują do akcjonariuszy o odrzucenie oferty Synthosu, spółka tydzień temu ogłosiła wezwanie na 100 proc. akcji Puław po cenie 102,5 zł. „Oczekujemy od MSP i pozostałych akcjonariuszy podjęcia decyzji odmownych wobec wezwania firmy Synthos” — czytamy w komunikacie związków zawodowych.

Zdaniem protestujących, spółka jest w stanie rozwijać się samodzielnie. Związkowcy obawiają się o miejsca pracy pod nową flagą.

„Duże zaniepokojenie w naszej społeczności wzbudzają liczne działania restrukturyzacyjne w grupie Synthos, które po przejęciu nowego zakładu ograniczają się właściwie tylko do znaczącego zmniejszania miejsc pracy” — głosi komunikat. Według związków zawodowych, cena zaproponowana przez Synthos nie odzwierciedla wartości Puław. Pracownicy przedstawili kontrofertę.

Płaci, więc wymaga

Kilka tygodni temu o odrzucenie wezwania Acronu apelowali związkowcy grupy Tarnów. Niechęć pracowników polskiej chemii do prywatyzacji to nieodosobniony przypadek.

— Związki zawodowe z reguły są niechętne prywatyzacji. Wiedzą, że nowy właściciel będzie wymagał większego wysiłku, zmian i może nie tolerować dawnych zwyczajów. To nie zawsze uzasadnione obawy. Pracownicy pewnej firmy z Danii tak bardzo dopominali się o podwyżki, że koniec końców właściciel wycofał się z inwestycji, a przedsiębiorstwo zbankrutowało — mówi Bohdan Wyżnikiewicz, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.

O tym, że związkowcy nierzadko próbują wchodzić w buty właściciela i za niego podejmować decyzje w sprawie sprzedaży spółki, przekonał się już niejeden minister skarbu. Ostatni głośny przypadek dotyczył giełdowej grupy energetycznej Enea, której związkowcy — co do zasady przeciwni prywatyzacji — popierali jednego z potencjalnych inwestorów, Jana Kulczyka, a sprzeciwiali się sprzedaży spółki francuskiej grupie EDF, do której należą już m.in. elektrownie z Rybnika i Zielonej Góry oraz kilka elektrociepłowni. Do transakcji ostatecznie nie doszło, choć niekoniecznie za sprawą związkowców.

Nie taki inwestor straszny

Prywatyzacja krajowej energetyki była dla organizacji pracowniczych najbardziej spektakularnym poligonem. Związkowcy nauczyli się, jak wykorzystywać protesty do wynegocjowania dobrych warunków pakietu socjalnego — gwarancji zatrudnienia, podwyżek i premii prywatyzacyjnych. Osiem lat temu głośno było o prywatyzacji poznańskich elektrociepłowni, których pracownicy wywalczyli z inwestorem… dożywotnie gwarancje zatrudnienia. Prywatyzacyjna strategia związkowców przyczyniła się wręcz do powstania nowej branży — na rynku pojawiły się firmy doradcze wyspecjalizowane w organizowaniu protestów i doradzaniu pracownikom w negocjacjach z inwestorami. Zdarza się jednak, że z perspektywy czasu związkowcy chwalą prywatyzację. Kilka lat temu związki zawodowe w Elektrowni Połaniec protestowały przeciwko przejęciu zakładu przez zagranicznego inwestora, belgijską firmę Electrabel (obecnie GDF Suez). Dziś związki mają dobrą opinię o nowym właścicielu.

— Z perspektywy czasu bardzo dobrze oceniamy nowego właściciela. Cieszymy się, że prywatyzacja doszła do skutku. Region mocno rozwinął się od czasu sprywatyzowania elektrowni, Połaniec tętni życiem. Inwestor respektował umowy ze związkami, ale nie było łatwo. Negocjacje były trudne, trwały kilka miesięcy — mówi Leszek Kasiński, przewodniczący MZZPRC w Połańcu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Koprowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu