Trudno nie podejrzewać, że to efekt utrzymywania wysokich cen akcji przed końcem kwartału i półrocza. Ale też faktu tego nie można przeceniać. I bez sztucznego podwyższania wycen, zarządzający aktywami nie powinni mieć wielkich powodów do zmartwień. Szyki popsuli w ostatnich minutach sesji jak zwykle Amerykanie. Nie spodobał się im wskaźnik nastrojów konsumentów, który w czerwcu dość mocno obniżył swoją wartość.
Polska GPW
Indeksy w Warszawie zaczęły dzień od wzrostów i trzymały się tego scenariusza
konsekwentnie prawie do końca sesji. Wskaźnik największych spółek zyskiwał rano
1,15 proc., a WIG tylko nieznacznie mu ustępował. Od 1 do 1,5 proc. to zakres
zmian, w którym poruszały się główne wskaźniki. Pomagały im w tym zwyżki cen
papierów największych spółek. Nasi surowcowi potentaci zyskiwali na wzroście
notowań miedzi i ropy naftowej. Za baryłkę „płynnego złota" trzeba było znów
płacić powyżej 71 dolarów. Bardzo dobrze radziły też sobie papiery PKO,
zwyżkujące momentami nawet o 3,5 proc. Kiedyś musiał nadejść kres ostrej
przeceny walorów banku. Decyzja walnego zgromadzenia o wypłacie tylko miliarda
złotych na dywidendę sprowadziła jednak kurs papierów mocno w dół. Pod koniec
dnia osłabły także notowania Lotosu i KGHM. Za to o prawie 4 proc. zwyżkowały
akcje Telekomunikacji Polskiej. Końcówka była fatalna i o żadnym window dressing
nie mogło być mowy. Walory Lotosu wylądowały 3,8 proc. na minusie, akcje PKO
straciły 3,2 proc., KGHM zjechał 2,7 proc. pod kreskę, Pekao zniżkowało o niemal
2 proc.
Telekomunikacja Polska spasował na poziomie 1,7 proc. na plusie.
Ostatecznie indeks największych spółek stracił 0,83 proc., a WIG zniżkował o
0,35 proc. Obroty wyniosły 1,2 mld zł i wcale nie były małe
Giełdy zagraniczne
Na Wall Street wreszcie coś się ruszyło. Indeksy wzrosły wczoraj po około 1
proc., powracając do poziomu sprzed ponad 3 proc. spadku z ubiegłego
poniedziałku. Odrabianie tej nie tak wielkiej przecież straty zajęło aż pięć
sesji. Trwa więc strategiczna gra pozycyjna dla inwestorów długoterminowych.
Daytraderzy mogą jechać na urlop, jeśli
jeszcze tego nie zrobili.
Na giełdach azjatyckich także nieco większe zmiany, choć sytuacja mocno
zróżnicowana. Indeks w Bombaju zniżkował o 1,7 proc., można mówić więc o
korekcie sporych wzrostów z ostatnich kliku dni. O 0,8 proc. zniżkował też
indeks giełdy w Hong Kongu. Liderem wzrostów był japoński Nikkei, zyskujący aż
1,8 proc., mimo informacji o
wzroście bezrobocia w maju do poziomu 5,2 proc.
Dane jednak były zgodne z oczekiwaniami analityków. Małymi kroczkami do góry
pnie się wciąż indeks w Szanghaju, który tym razem poprawił swoją wartość o 0,5
proc.
Główne europejskie parkiety zaczęły sesję od niewielkich, sięgających około
0,2 proc. wzrostów. Ale już po kilkudziesięciu minutach niewiele z nich zostało
i okolice zera stały się dla nich punktem równowagi. Londyńskiemu FTSE
nieznacznie pomógł korzystny odczyt wskaźnika zaufania brytyjskich konsumentów.
Niemieckiemu DAX-owi niewiele zaszkodziła informacja o wzroście bezrobocia w
czerwcu do 8,3 proc. Tu również wskazanie było zgodne z oczekiwaniami. Nietypowe
było zachowanie indeksów w Istambule i Pradze. Indeks giełdy tureckiej zwyżkował
o 2 proc. po informacji o drastycznym, sięgającym aż 13,8 proc. w pierwszym
kwartale tego roku. Także spadek produkcji przemysłowej w Czechach o 21,7 proc.
w maju nie zniechęcił tamtejszego indeksu do wzrostu o ponad 1 proc. Prawie 3
proc. zyskiwał taż rosyjski RTS. Widać, że inwestorzy nie boją się ryzyka
związanego z inwestowaniem w papiery giełd naszego regionu oraz rynków
wschodzących, w tym bardzo modnej wśród funduszy inwestycyjnych Turcji.
Rekordowy, sięgający 4,9 proc. spadek PKB Wielkiej Brytanii skutkował zejście
indeksu na niewielkie minusy.
Koniec sesji to przewaga niewielkich spadków.
Najwięcej, bo około 1,4 proc. tracił francuski CAC40. Mocno też ucierpiał
węgierski BUX, kończąc dzień spadkiem o 1,6 proc.
Waluty
Poprawa sytuacji na giełdach natychmiast przełożyła się na osłabienie
amerykańskiej waluty. Tradycyjny schemat zachowań inwestorów wciąż więc działa.
Dolar traci na wartości od czwartku ubiegłego tygodnia. Wówczas euro wyceniano
na niespełna 1,39 dolara, dziś za wspólną walutę trzeba było wydać ponad 1,41
dolara. Ta huśtawka
zdaje się nie mieć wiele wspólnego z oceną fundamentów,
a sporo z emocjami inwestorów. Nie mamy jednak co na taki stan rzeczy narzekać.
Po opcyjnej czkawce nie ma już śladu. Dolara można było dziś kupić już za 3,14
zł, najtaniej od dwóch tygodni. Euro staniało do 4,45 zł i kosztowało najmniej
od 10 czerwca. Od ostatniego szczytu z 18 czerwca obniżyło swą wartość o około
11 groszy. O ponad 12 groszy staniał nasz ulubiony frank, którego można był dziś
kupić za nieco ponad 2,91 zł. Do końca dnia wahania były niewielkie, nie było
też reakcji na opublikowane przez NBP informacje o nadwyżce na naszym rachunku
obrotów bieżących.
Podsumowanie
W zachowaniu się sporej części giełd charakterystyczna dziś była duża odporność inwestorów na złe informacje. Fatalne dane o tureckiej, czeskiej i brytyjskiej gospodarce, rosnącym bezrobociu w Japonii i Niemczech zupełnie nie zraziły kupujących i nie skłoniły do wyprzedaży akcji przez ich posiadaczy. Trudno podejrzewać, że wzrosty na giełdach to jedynie zasługa poprawiania wyników przed końcem miesiąca, kwartału i półrocza przez instytucje finansowe zarządzające aktywami. Dopiero kiepskie dane, dotyczące indeksu cen domów, a przede wszystkim indeksu nastrojów konsumentów zniweczyły całodzienny wysiłek europejskich inwestorów. Wszystko więc wskazuje na to, że window dressing skończył się nieco przed czasem. Rzeczywisty stan rynku poznamy więc prawdopodobnie już w najbliższych dniach.
Roman Przasnyski, Główny Analityk Gold Finance