Powyższy tytuł kilka razy pasował w minionych latach do komentowania wnoszenia do Sejmu przez jakiś komitet inicjatywy obywatelskiej wniosku o przeprowadzenie referendum. Konstytucja wymaga załączenia przynajmniej 500 000 podpisów, ale inicjatorzy zwykle zbierają je ze sporą górką. Podobnie było w czwartek — Związek Nauczycielstwa Polskiego (ZNP), wsparty m.in. przez Platformę Obywatelską i Nowoczesną, w 65 pudłach złożył u marszałka 910 558 podpisów.

Bywało więcej, ale w tym wypadku adresatem wniosku i zarazem decydentem pierwszy raz jest Prawo i Sprawiedliwość. W kampaniach wyborczych w 2015 r. zarówno Andrzej Duda, jak i partia mocno podkreślali znaczenie referendów i zapowiadali, że będą z tego narzędzia często korzystali. A już wręcz zaklinali się, że nigdy nie poślą do kosza inicjatywy obywatelskiej. Tamte deklaracje były pochopne i bezmyślne, obliczone na krótkoterminowy efekt wyborczy. Obecnie pierwszy raz od rozpoczęcia forsowania tzw. dobrej zmiany ktoś powiedział „sprawdzam”.
Pytanie referendalne jest tylko jedno i na pierwszy rzut oka jednoznaczne. Brzmi tak: „Czy jest Pani/Pan przeciw reformie edukacji, którą rząd wprowadza od 1 września 2017 roku?”. Jednak po merytorycznym wgryzieniu się natychmiast pojawiają się wątpliwości. Konsekwencją ewentualnego zwycięstwa wariantu „tak”, pod warunkiem co najmniej 50-procentowej frekwencji, byłoby przecież cofnięcie nie jakiejś decyzji rządu, lecz ustawy — uchwalonego 14 grudnia 2016 r. nowego prawa oświatowego.
Jego główna część wchodzi w życie 1 września 2017 r., poza niektórymi przepisami już obowiązującymi albo wchodzącymi dopiero rok później. Mamy zatem bardzo przyzwoite, ponad 7-miesięczne vacatio legis, co jak na standardy PiS jest pozytywnym wyjątkiem od bardzo złej reguły. Ale to ustawa szczególna — jej półroczne leżakowanie jest konieczne, by jednostki samorządu terytorialnego przeprowadziły gigantyczną operację wygaszenia gimnazjów, odtworzenia 8-letnich podstawówek i 4-letnich liceów. Właśnie w tych dniach rady gmin/miast w całym kraju kończą podejmowanie reorganizacyjnych uchwał.
W tym kontekście trudno odmówić sensu pierwszym reakcjom władców kraju. Zgodnie z faktami twierdzą, że na referendum jest już za późno i wniosek spotka los przepowiedziany w tytule. Gdyby nawet Sejm mimo wszystko podjął szybko uchwałę, to głosowanie realnie odbyłoby się tuż przed wakacjami — i w razie zwycięskiego dla inicjatorów wyniku bałagan w polskiej oświacie sięgnąłby kosmosu. Prace nad ustawą trwały jesienią i trudno pojąć, czemu ZNP obudził się z akcją zbierania podpisów dopiero… 1 lutego 2017 r., gdy prawo oświatowe już znajdowało się w Dzienniku Ustaw.
Ale trudno także uniknąć wrażenia, że PiS wpadło we własne wyborcze sidła. Najbardziej szczęśliwym dla władców rozwiązaniem byłoby jednak przeprowadzenie referendum, w którym odnotowanoby niską frekwencję i wynik trafiłby do kosza. W końcu czerwca, gdy wszyscy myślą już o wakacjach — klęska frekwencyjna byłaby pewna. Jedyną kwestią wątpliwą jest wyrzucenie na referendum prawie 100 mln zł. Ale przecież wpływy z VAT rosną…