Pokusa urzędników, by odnosić własne korzyści z przetargów, jest zbyt duża, by zjawisko korupcji udało się wyeliminować.
Łapownictwo to zmora polskich przetargów. To wiedzą wszyscy, ale niewielu mówi o tym oficjalnie. Trudno też określić jej skalę, ponieważ żadna z organizacji przedsiębiorców nie przeprowadza badań na ten temat. Powód— biznesmeni rzadko chcą o tym mówić. Nieczęsto zwracają się do nich ze skargami na organizatorów przetargów.
— Korupcja przy przetargach nadal występuje, tyle że trudno ją udowodnić i jeszcze trudniej zwalczać. Sytuacja, w której mało zarabiający urzędnicy decydują o przeznaczeniu dużych, nie swoich pieniędzy, jest z góry skazana na patologię — mówi Wiesław Zawadzki, dyrektor Biura Interwencji w Business Centre Club.
Zmowa milczenia
Z badań przeprowadzonych w 2003 r. przez CBOS na zlecenie Fundacji im. Stefana Batorego wynika, że tylko 38 proc. polskich przedsiębiorców osobiście nigdy nie miało doświadczeń korupcyjnych przy uzyskiwaniu zamówień publicznych i przetargach, natomiast aż 16 proc. spotyka się z taką sytuacją często. Właśnie ustawianie przetargów jest najczęściej wymienianym przykładem korupcji. Ponad 70 proc. przedsiębiorców uważa, że w ich gminie przetargi są ustawiane tak, aby wygrała firma znajomego albo ta, która wręczyła łapówkę.
— Problem w tym, że zwłaszcza firmy działające w mniejszych miejscowościach, gdzie możliwości zdobycia zamówień jest niewiele, obawiają się oficjalnego składania skarg, aby nie narazić się instytucji organizującej przetarg — mówi Grażyna Kopińska, dyrektor Programu Przeciw Korupcji w Fundacji im. Stefana Batorego.
Najgorzej w samorządzie
Dodatkowym utrudnieniem jest to, że coraz częściej mamy do czynienia nie tylko z łapówkami, ale z bardziej subtelnymi, trudniejszymi do wykrycia i udowodnienia formami korupcji. Są to różne nieformalne układy wzajemne, np. zatrudnianie przez firmę wygrywającą przetarg członków rodziny czy znajomych urzędnika. Innym sposobem jest podzlecanie wykonania części kontraktu firmom wskazanym przez zamawiającego lub nieuczciwych członków komisji przetargowych. O ile duże, centralne zamówienia publiczne podlegają szczególnemu nadzorowi Urzędu Zamówień Publicznych czy opinii społecznej i łatwiej wychwycić nieprawidłowości, o tyle przetargi organizowane przez samorządy są już praktycznie poza kontrolą.
Walka
Chociaż trudno zapobiegać korupcji przy zamówieniach publicznych, to jednak można zminimalizować ryzyko przegrania przetargu, nawet gdy istnieje podejrzenie, że jest ustawiony. Skomplikowane zasady prawa zamówień publicznych sprzyjają niestety popełnianiu błędów zarówno przez zamawiających, jak i wykonawców.
— W praktyce często okazuje się, że wygrywają wykonawcy, którzy nie przedłożyli najkorzystniejszej oferty, lecz potrafili poprawnie skompletować dokumentację i spełniają wymogi formalne dotyczące oferty. Niestety, trudno się obronić przed wykluczeniem lub odrzuceniem naszej oferty w sytuacji, gdy nie spełniamy warunków formalnych — mówi Aleksander Werner, prawnik z kancelarii Kalwas i Wspólnicy.
Należy też bacznie obserwować konkurencję, gdyż często się zdarza, że składa ona oferty z gatunku nieuczciwej konkurencji. Wówczas prawo zapewnia oferentom możliwość skorzystania z środków ochrony (patrz ramka). Terminy na złożenie protestu do zamawiającego czy odwołania do Prezesa UZP są jednak bardzo krótkie.
— Warto przed skorzystaniem z tych możliwości protestu zasięgnąć porady prawnika bądź też nawet upoważnić go do wniesienia takiego środka ochrony prawnej. W szczególności dotyczy to odwołań oraz skarg sądowych — radzi Aleksander Werner.
Okiem polityka i przedsiębiorcy
Korupcja dusi konkurencję
Większość biznesmenów nawet nie podejmie ryzyka startu w ustawionym przetargu, bo ich nie stać. Korupcja de facto zabija konkurencję. Nie lubię spiskowej teorii dziejów, ale gdy patrzę na przykład na branżę budowlaną, to widzę, jak wygrywają same firmy zagraniczne, a później widzę, kto pracuje na placu budowy — polscy podwykonawcy, którym w dodatku stawia się takie warunki: skończycie, wtedy wam zapłacimy. Czasem zapłacimy... Korupcja tutaj szkodzi w inny, przewrotny sposób: jak mamy rozstrzygnąć przetarg na korzyść Kowalskiego z naszego miasta — przecież wszyscy powiedzą, że dał. I ten paraliż też jest chory. („PB” z 6 maja 2005 r.)
Władysław Frasyniuk, współwłaściciel FF Fracht, szef Unii Wolności