Prezenty i gotówka: przepis na korupcję

Cezary Pytlos
27-05-2002, 00:00

Zbiór prezentów, które mają zapewnić życzliwość mediów, jest bardzo szeroki — wycieczki zagraniczne, drogie prezenty czy po prostu żywa gotówka. Na szczęście niektóre media wypowiedziały wojnę tym praktykom.

Urynkowienie mediów uwolniło je, a przynajmniej większość, od wpływów politycznych. Pojawiły się jednak inne problemy.

— Z chwilą nastania wolnego rynku okazało się, że gazeta czy stacja telewizyjna to taki sam biznes, jak fabryka butów czy porcelany. Wiarygodność informacyjna, misja publiczna są istotne o tyle, o ile podnoszą rentowność — mówi z goryczą obserwator branży

Prezent od firmy

Problem tzw. kasy to przede wszystkim korupcja dotykająca i dziennikarzy, i zatrudniające ich firmy. Tylko w Warszawie codziennie odbywa się kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt różnych konferencji prasowych. Poważną ich część organizują firmy, które dla każdego gościa mają torbę z prezentami. Dziennikarze chętnie biorą, bo mało zarabiają. Niskie zarobki dziennikarzy to druga przyczyna rozrastania się korupcji w mediach. Mniejsza o to, gdy chodzi o notes i długopis. Najczęściej „wziątki” są znacznie cenniejsze. Do legendy przeszła konferencja prasowa, podczas której dziennikarzom rozdawano bony, które później można było wymienić na odkurzacz.

Prezenty to nie wszystko. Najczęstszą praktyką jest dodatkowe wynagrodzenie nieuczciwego dziennikarza. Uśredniona rynkowa cena za tekst to 250 zł netto za stronę. Takie stawki stosuje Tomasz, były dziennikarz, który obecnie kreuje medialny wizerunek jednej z firm „500”. W zamian za przychylny tej spółce tekst po jego opublikowaniu gotów jest zapłacić kilkaset złotych. Swoją praktykę prowadzi poprzez dziennikarzy rozsianych w kilku gazetach ogólnopolskich i regionalnych.

Cztery kółka

Nie mniej kontrowersyjne jest testowanie przez dziennikarzy użyczanych przez producentów aut.

— Trudno opisywać cokolwiek nie znając produktu. Od dziennikarza oczekujemy wyłącznie publikacji, nie mamy żadnych wymagań co do treści — tłumaczy Ewa Łabno-Falędzka z DaimlerChrysler.

Jej firma użycza z reguły samochodów na 5-6 dni. Jest to termin krótszy od średniej branżowej, wynoszący z reguły siedem dni. Wątpliwości nasuwają się jednak z chwilą, gdy dziennikarz motoryzacyjny wyjeżdża na test za granicę, np. na kilka dni do Barcelony lub na koło podbiegunowe. Kolejne wątpliwości nasuwa sprawa rabatu przy zakupie. Średnia zniżka dla dziennikarzy wynosi kilka procent wartości auta. Nie ma w tym nic zdrożnego, z takich zniżek korzystają też inne grupy zawodowe. Kontrowersyjny może jednak wydawać się fakt dodatkowych rabatów dla dziennikarzy motoryzacyjnych. Dziennikarka miesięcznika „Press”, która przygotowywała materiał na temat korumpowania dziennikarzy przez branżę motoryzacyjną, twierdzi jednak, że sytuacja ostatnio nieco się poprawiła — dziennikarze są zabierani tylko na kilkudniowe wojaże zagraniczne.

Na wycieczkę

Jedną z najbardziej rozpowszechnionych form są wyjazdy sponsorowane. Jest jednak wiele spraw, procesów i wydarzeń, które można obejrzeć tylko na miejscu. Instalacja superkomputera, start rakiety kosmicznej, wyjątkowy koncert, prezentacja nowego modelu, montaż jumbo jeta — to tylko przykłady. Dziennikarz powinien zobaczyć, żeby ocenić i ewentualnie opisać. Na świecie redakcje delegują wówczas dziennikarzy i za nich płacą, ponieważ gazecie zależy na dostępie do informacji.

— W Polsce niewiele redakcji na coś takiego stać. Pamiętajmy jednak, że nie ma nic złego w tym, że dziennikarz bierze udział w prawdziwym wyjeździe studyjnym — uważa Grzegorz Szczepański, prezes Związku Firm PR i agencji BCA.

W Polsce zagraniczne wycieczki czy imprezy w plenerze są jednak częstą metodą korumpowania dziennikarzy. Jeden z rozmówców podaje przykład autora, nad którym podczas studyjnego wyjazdu stał specjalista PR, wykrzykując „Pisz k..., za co ci płacę”.

— Wyjazd tylko po to, by dziennikarz bawił się, jadł i pił, to już czysta korupcja — ocenia Piotr Czarnowski, członek zarządu Stowarzyszenia PR w Polsce i szef agencji First PR.

Jedną z najgłośniejszych wycieczek zorganizował były właściciel „Życia Warszawy”. Starając się o koncesję na stację telewizyjną, chciał pozyskać przychylność prasy i zaprosił na Sardynię grupę dziennikarzy. Wyprawa polegała na kilkudniowym leżeniu na plaży i piciu piwa na koszt sponsora.

Kolejny przykład to wyjazd zorganizowany przez firmę technologiczną do Egiptu. Dziennikarze uczyli się na nim trudnej sztuki nurkowania. Innym przykładem jest wyjazd do Włoch zorganizowany w ubiegłym roku przez jedną z firm sektora motoryzacyjnego. Wycieczka nie odbiegała zbytnio od podobnych, poza tym że w tym czasie wręczono w zakładzie wymówienia w ramach zwolnień grupowych. Masowe zwolnienia i inwestor zagraniczny — to informacja chodliwa, która z powodu absencji specjalizujących się w tej branży dziennikarzy przeszła w kraju bez większego medialnego oddźwięku.

Wyjazd kontrolowany

Tego typu przypadki pojawiają się mimo dużych restrykcji ze strony samych redakcji. Działy public relations napotykają bariery w postaci ograniczeń wewnętrznych kodeksów redakcji. W „Gazecie Wyborczej” przypadki korumpowania dziennikarzy, np. przyjmowanie prezentów, uniemożliwia kodeks etyczny.

— Jeśli dziennikarz z naszej redakcji wyjeżdża z instytucją rządową lub firmą, to z zastrzeżeniem, że nie będzie obligowany do zamieszczenia określonych treści — mówi Piotr Stasiński, zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”.

Dziennikarze zaproszeni przez firmę meldują wcześniej o tym fakcie swojemu przełożonemu.

— Teksty, które powstają, są przedmiotem analizy. Mają być uczciwym sprawozdaniem i nie mogą zawierać treści kryptoreklamowych — mówi Piotr Stasiński.

— Rzadko zgadzamy się na sponsorowane zagraniczne wyjazdy. Najważniejszy jest cel i informacje, które można przy tym uzyskać. Zazwyczaj prosimy np. o wywiad z szefem firmy, który rzadko bywa w naszym kraju. Koncentrujemy się ponadto na największych spółkach, mocno związanych z polskim rynkiem. Sami jednak finansujemy przelot. Dziennikarze mają obowiązek uzyskać zgodę przełożonego — zapewnia Jarosław Sroka, redaktor naczelny „Pulsu Biznesu”.

Piotr Czarnowski z First PR zwraca jednak uwagę na hipokryzję niektórych redakcji.

— Są takie święte, że nie pozwalają na oficjalne wyjazdy, ale doskonale wiedzą, że dziennikarz po prostu nie mówi, że jedzie albo bierze urlop. Trafiają się też redakcje, które za wyjazdy płacą same, pozwalają jechać na zaproszenie, ale nie pozwalają pisać. Paranoja — mówi Piotr Czarnowski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Cezary Pytlos

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Prezenty i gotówka: przepis na korupcję