Debata Sejmu, przeprowadzona trzy doby przed przejęciem przez Polskę półrocznej prezydencji Rady Unii Europejskiej, potwierdziła, jak fatalną okolicznością są wybory do parlamentu akurat w tym okresie. Wypada przypomnieć, że gdy w Brukseli ustalano terminarz, polska delegacja chętnie przystała na drugie półrocze 2011 r., ponieważ planowo był to spokojny czas bez żadnych wyborów. Kalendarzem zamieszało skrócenie kadencji Sejmu w roku 2007.
Premier Donald Tusk wczoraj akcentował, że oczekuje solidarności i narodowego zjednoczenia dla podniesienia reputacji Polski. Nie mamy jednak żadnych szans na powrót, choćby na kilka godzin w piątek 1 lipca, atmosfery z referendum akcesyjnego w 2003 r., nie mówiąc już o triumfalnej nocy z 30 kwietnia na 1 maja 2004 r. Istotą oczekiwań szefa rządu jest przecież uznanie przez całą podzieloną scenę polityczną jego hegemonii w samym szczycie kampanii wyborczej! Nie wszystkim w Polsce to odpowiada.
Najbardziej jaskrawym dowodem instrumentalnego wykorzystania prezydencji w kontekście wyborów jest żonglerka ich terminem. Obiektywny interes Polski nakazuje, by głosowanie odbyło się w pierwszym możliwym terminie, czyli 9 października (w wersji dwudniowej byłoby to 8-9). Za to interes PO wymaga, by właśnie jak najpóźniej, czyli 23 października (lub 22-23). Chodzi o zagwarantowanie, że nawet w razie zmiany rządu — niby teoretycznej, ale jednak… — dzięki żonglerce konstytucyjnym kalendarzem do szczytu Rady Europejskiej 8 grudnia sanie polskiej prezydencji dociągnie jeszcze ta ekipa.