Problem piractwa dotarł do prasy
Nielegalna sprzedaż czasopism dochodzi do 5 proc. oficjalnego obrotu
Kilka lat temu bez zgody wydawców, i po cenach niższych od okładkowych, sprzedawane były tylko archiwalne numery najdroższych miesięczników. Obecnie do nielegalnej dystrybucji trafiają nawet tygodniki kosztujące oficjalnie poniżej 2 zł. Wydawcy czasopism zaczynają mówić o powstaniu zorganizowanego podziemia prasowego.
W coraz większej liczbie tytułów prasowych do stopki redakcyjnej dodawana jest adnotacja o tym, że sprzedaż pisma poniżej ceny wydrukowanej na okładce jest zabroniona i grozi konsekwencjami prawnymi.
Jest to odpowiedź wydawców na nasilającą się sprzedaż czasopism poza oficjalnym kanałem dystrybucji. W wielu miejscach, najczęściej na bazarach i straganach ustawionych na dworcach, egzemplarze niektórych czasopism można kupić nawet za 30 proc. ceny wydrukowanej na okładce. Zjawisko to dotyczy zarówno numerów archiwalnych, jak i bieżących, a najbardziej nasilone jest w północno--wschodniej Polsce.
— Proceder wprowadzania do sprzedaży bieżących numerów czasopism poza oficjalnym kanałem dystrybucji i po niższych cenach jest największym problemem w województwie podlaskim, części warmińsko-mazurskiego oraz wschodnich powiatach mazowieckiego. Zdarza się tam, że niemal równolegle z oficjalnym wprowadzeniem pisma do dystrybucji, rozpoczyna się jego nielegalna sprzedaż za jedną trzecią ceny — informuje Witold Strzemień, pełniący obowiązki dyrektora Izby Wydawców Prasy.
Rosnące straty
W całym kraju poniżej cen okładkowych sprzedawane są głównie egzemplarze archiwalne. Jednak i to nie podoba się wydawcom. Podkreślają oni, że jeśli wydawca sam nie odsprzeda komuś wycofanych już ze sprzedaży numerów, to zgodnie z prawem aż do przemiału w papierni stanowią one jego własność. Twierdzą też, że nielegalny handel egzemplarzami archiwalnymi utrudnia sprzedaż numerów bieżących.
— Wydawany przez nas „PC World Komputer” jest miesięcznikiem adatowanym. Oznacza to, że numer styczniowy jest datowany na luty. W takiej sytuacji nielegalna sprzedaż numerów świeżo wycofanych z oficjalnej dystrybucji wprowadza sporo zamieszania. Na nielegalnych stoiskach znajdują się bowiem egzemplarze wyglądające na pierwszy rzut oka na najnowsze. Poza tym „PCWK” jest czasopismem stosunkowo drogim i część czytelników świadomie woli poczekać kilka dni na wycofanie numeru z oficjalnej sprzedaży, aby kupić go taniej — tłumaczy Włodzimierz Duszyk, kierownik działu wydawniczego w IDG Poland.
— Dla nas wycofany już ze sprzedaży numer czasopisma nie jest bezwartościowy. Takie egzemplarze wykorzystujemy do akcji promocyjnych. Poza tym sprzedaż czasopism na straganach, a niekiedy z rozłożonej na chodniku gazety, obniża prestiż tych tytułów — dodaje Joanna Biedrzycka, kierownik działu handlowego w oficynie Lupus.
Wydawcy czasopism raczej nie potrafią oszacować strat finansowych, jakie ponoszą w wyniku działalności piratów prasowych. Niektórzy sugerują jednak, że w przypadku najbardziej poczytnych tytułów, sprzedawanych w ponad 100 tys. egzemplarzy, na czarny rynek może trafiać nawet 5-10 tys. sztuk poszczególnych numerów.
— W przypadku niektórych tytułów nielegalna dystrybucja może dorównywać nawet 5 proc. oficjalnej sprzedaży. Jest to jednak bardzo pobieżny szacunek. Nie wiemy bowiem dokładnie, w ilu punktach prowadzi się nielegalną sprzedaż czasopism oraz ilu klientów mają te punkty — zauważa Janusz Snarski, dyrektor działu kolportażu w Axel Springer Polska.
Kilka lat temu do nielegalnej dystrybucji trafiały tylko drogie miesięczniki (w cenie 10 zł lub więcej). Obecnie do nielegalnej sprzedaży trafiają nawet pisma o cenie poniżej 2 zł, a przedstawiciele branży sugerują, że proceder piractwa prasowego może jeszcze wzrosnąć.
— Nielegalny obrót prasą może się jeszcze nasilić. Objęcie prasy podatkiem VAT zwiększy bowiem ceny czasopism — dodaje Janusz Snarski.
Zorganizowane podziemie
Wraz z rozrastaniem się nielegalnego handlu prasą wydawcy zmieniają swoje zdanie na temat jego działania. Do niedawna powszechna była opinia, że nielegalna sprzedaż prasy związana jest z działalnością pojedynczych osób, które wynoszą z drukarni po kilka lub kilkanaście egzemplarzy nowego numeru lub ratują przed zniszczeniem w papierni równie niewielkie ilości egzemplarzy archiwalnych. Obecnie coraz więcej przedstawicieli domów wydawniczych skłania się ku tezie, że w Polsce powstał dobrze zorganizowany nielegalny rynek prasy.
— Tzw. drugiego obiegu nie traktowaliśmy dotychczas jako zorganizowanej działalności. Jego istnienie wiązaliśmy z aktywnością pojedynczych osób związanych z cyklem produkcyjnym lub kolportażem. Jednak to stanowisko trzeba zrewidować. Nielegalny handel prasą coraz bardziej się rozrasta. W pirackim obiegu pojawiają się różne tytuły, drukowane w różnych drukarniach i niszczone w różnych papierniach. Wszystko więc wskazuje na to, że zaczyna to być dobrze zorganizowana działalność — zauważa Joanna Biedrzycka.