Prognozy dla Polski nie zapowiadają recesji

Stanisław Albinowski
opublikowano: 2001-11-30 00:00

Przedsiębiorcy dawno przyzwyczaili się do działania w kryzysie graniczącym z recesją — taki oto tytuł, rozpostarty na szerokości dwóch kolumn, nadany został sondzie redakcyjnej „Pulsu Biznesu” w numerze 227 z 20 listopada. Najbardziej zaniepokojony poczułem się tym, że w przyszłym roku czeka nas „kryzys graniczący z recesją”. Przedsiębiorcy mogą sobie z nim poradzić, bo już „od dawna” (od jak dawna?) w takich warunkach działają, ale co będzie z milionami pracowników najemnych i emerytów? Już teraz przerażonych: nie dosyć że jest (będzie?) kryzys, to jeszcze graniczący z recesją? I co w tym splocie dwojga złego jest gorsze: kryzys czy recesja? A co się stanie, gdy kryzys przekroczy granice recesji?

Mam nadzieję, że redaktor tamtego wydania „PB” nie będzie mnie prześladował za to, iż dworuję sobie nieco z jego ekonomicznej licentia poetica, jaką zaprezentował — ze szkodą dla tych wszystkich, którzy nie studiowali historii doktryn ekonomicznych, zwłaszcza kolejnych teorii cyklów koniunkturalnych. I ponownie przytaczam maksymę, na którą już tu kiedyś się powołałem, ale która — jak się okazuje — wymaga ciągłego przypominania. To mądre zdanie brzmi: o pojęciach trudno dyskutować, lecz trzeba się co do nich porozumieć. I stosować je — dodajmy — w sposób poprawny. A więc proponuję porozumienie w sprawie jednoznaczności takich pojęć, jak kryzys i recesja. Osiągnijmy je nie tylko i nie tyle w imię puryzmu językowego, ile zrozumienia faktu, że słowo kryzys bywa nieraz bardzo eksplozywne. W powszechnym rozumieniu stanowi ono przyczynę zagrożenia, spowodowanego utratą pracy, obniżeniem dochodów, niemożnością spłacenia pożyczki. Jednym słowem jest to sytuacja, która budzi najwyższy niepokój, a niekiedy nawet panikę. Nastroje społeczne są zaś ważnym czynnikiem w procesie nastawiania zwrotnic życia gospodarczego.

W sferze gospodarki pojęcie kryzysu jest nieostre. Dotyczy to zwłaszcza teorii cyklów, w której na początku wieku było ono stosowane dwojako: jako faza cyklu lub jako punkt zwrotny między dwoma fazami. Wesley C. Mitchell, autor fundamentalnego dzieła „Business Cycles” (1927), zastąpił kryzys terminem recesja. Cały cykl miał się składać z czterech faz: prosperity (ekspansja), recesja, depresja i ożywienie. Potoczna nazwa kryzys odpowiadałaby tu depresji. Współcześnie wyodrębnia się dwie fazy (ekspansja i recesja) oraz dwa punkty zwrotne: dno i szczyt. Chaos terminologiczny jednak nie ustał. Często używany jest termin depresja, zaś w przetłumaczonym z angielskiego „Słowniku pojęć współczesnych” (Książnica, 1999) twierdzi się, że recesja to krótsza (?) depresja. A żonglowanie terminami kryzys i recesja stało się już powszechne.

Obecnie przyjmuje się, iż gospodarka wchodzi w recesję, gdy przez dwa kolejne kwartały ma miejsce bezwzględny spadek realnego PKB. Na razie Polska znajduje się w fazie spowolnionego wzrostu, a recesji nie zapowiadają nawet najbardziej sceptyczne prognozy. Wprawdzie dla prasy dobrą wiadomością jest zła wiadomość, ale nie wszystko co dobre dla mediów jest też dobre dla narodu. Zwłaszcza gdy tytuły w rodzaju „Recesja za progiem”, wbijane czytelnikom do głowy przez wielkie gazety codzienne, są pozbawione uzasadnienia merytorycznego.

Popieram apel Macieja Krzaka, głównego ekonomisty Banku Handlowego, by zaprzestać dywagacji o recesji, której nie ma, gdyż budzone w ten sposób nastroje mogą odegrać rolę spełniających się oczekiwań („Rzeczpospolita” z 22 listopada). Mówiąc po prostu: nie pogrążajmy się sami, malując diabła na ścianie. Co nie oznacza, oczywiście, chowania głowy w piasek.