Program ma być sexy

Aleksandra Więcka
opublikowano: 2006-11-15 00:00

W Europie nie mają konkurencji, w USA walczą z Microsoftem, w Azji z programistami z Indii. Z czteroosobowej firmy wyrósł światowy gracz.

Sieć komputerowa z kabla energetycznego, cztery osoby wciśnięte między komputery w małym pokoiku w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, prezentacje, na które zespół jeździł ze stacjonarnym pecetem i dwoma serwerami, e-maile pisane w edytorze tekstów. Początki „polskiego Microsoftu” w zasadzie nie różnią się od pierwszych dni pracy Billa Gatesa.

— Jak na polskie warunki dysponowaliśmy wtedy najnowcześniejszymi technologiami. Rynek pragnął rozwiązań informatycznych jak kania dżdżu, my je dostarczaliśmy — tak podstawy sukcesu tłumaczy profesor Janusz Filipiak, dziś prezes Comarchu.

Program od A do Z

Pomysł Janusza Filipiaka na sukces był prosty. Autorskie oprogramowanie dostosowane do potrzeb klienta, kompatybilne ze stosowanymi już systemami.

— Działamy tak od 14 lat i ta strategia okazała się skuteczna. Gdybym zaproponował rewolucyjny produkt, do którego trzeba byłoby kupić u mnie nowy system Comarch, zamiast na przykład Oracle, nie znalazłbym wielu klientów — przekonuje szef.

Pracownicy (bywa, że jego dawni studenci) wciąż mówią do Filipiaka „profesorze”. To dlatego że zanim został prezesem firmy, był naukowcem. Pracował w USA, Francji i w Krakowie w Akademii Górniczo-Hutniczej, gdzie zdobył profesurę. Dzięki jego nowatorskim pomysłom Comarch dostarcza oprogramowanie klientom z branży usług finansowych, telekomunikacyjnych oraz z administracji publicznej, a także popularne rozwiązania dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Od programu do wystawiania faktur, przez systemy zarządzania wiedzą i obiegiem dokumentów, do systemu billingowego Telekomunikacji Polskiej czy programu lojalnościowego dla British Petroleum. Do tej pory dokonano już ponad 2 tysiące wdrożeń dużych systemów i sprzedano ponad 40 tysięcy gotowych programów dla mniejszych przedsiębiorstw.

— W Europie właściwie nikt poza nami nie pisze oprogramowania. To nasz ogromny atut przy wdrożeniach skomplikowanych systemów dla dużych klientów. W razie jakichkolwiek problemów jesteśmy niemal na wyciągnięcie ręki, o dwie godziny lotu od firmy we Francji czy w Niemczech — mówi Filipiak.

Zarówno w innych branżach, jak i tutaj porównywalne produkty nie różnią się od siebie zasadniczo ceną czy zastosowaniem. Liczą się wygoda użytkowania i bezawaryjność. I to, czy program po prostu się spodoba.

— Program musi być sexy — zapewnia profesor.

Comarch globalny

Ta recepta okazała się skuteczna. Od momentu założenia 14 lat temu Comarch wyrósł na ponadnarodową sieć zatrudniającą ponad 2,5 tys. najwyższej klasy specjalistów w Europie, USA i na Bliskim Wschodzie. Ma oddziały w Belgii i Francji oraz spółki zależne w Niemczech, USA, Panamie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Rosji, na Litwie, Ukrainie i na Słowacji. Załogi z Polski wyjeżdżają za granicę szkolić tamtejszych pracowników, studenci z Niemiec odbywają praktyki w Krakowie.

— Mogłoby się tak zdarzyć, że w kolejce po obiad stałaby programistka z Dubaju, praktykant z Drezna, menedżer z Miami i ja. Więc chyba rzeczywiście staliśmy się firmą globalną — śmieje się Łucja Burek, odpowiedzialna w Comarchu za public relations.

Globalność potwierdzają ostatnio podpisane kontrakty.

— Dotąd było tak, że polska karta BP działała w Polsce, a na Słowacji już nie. Oprogramowanie dla BP pozwoli na jednolitą obsługę programu lojalnościowego w całej Europie, wszystkie dane będą przetwarzane w Krakowie — mówi Filipiak.

Celem zespołu odpowiedzialnego za rozwój Comarch Loyalty Management jest zajęcie do roku 2008 pozycji największego na świecie dostawcy rozwiązań przeznaczonych do prowadzenia programów lojalnościowych. Podpisano też umowę na obsługę europejskiej sieci telefonicznej T-mobile i program telekomunikacyjny francuskiej sieci supermarketów Auchan.

— Podpisywanie kontraktów na szczeblu centralnym świadczy o tym, że dołączyliśmy do firm ze światowej czołówki. Mam nadzieję, że tych kontraktów będzie coraz więcej — zapowiada prezes firmy.

Utrzymać koszulkę lidera

Jeśli wszystko będzie szło jak do tej pory, Comarchowi pewnie uda się zrealizować plany. W książce wydanej z okazji dziesięciolecia firmy jeden z jej pracowników wspomina wizytę klienta w pokoiku w Akademii Górniczo-Hutniczej — pierwszej siedzibie firmy. Już wtedy Filipiak z niewzruszoną pewnością siebie przekonywał, że firma niedługo przegoni konkurencję o kilka długości stadionu.

— Nigdy nie miałem kompleksów. Pracowałem za granicą, byłem w czołówce światowej nauki. Wejście do czołówki biznesu też wydawało mi się całkiem realne — przyznaje prezes Comarchu.

Wejście firmy na giełdę w 1999 r. przyniosło środki na rozwój i pozwoliło przegonić największego na warszawskiej giełdzie konkurenta z branży — Computerland. Od kilku lat firma notuje co roku około dwudziestoprocentowy wzrost zysków i poziomu rentowności. Poziom zysku na akcji wzrósł w 12 miesięcy z 1,41 zł do 3,08 zł, czyli ponad 100 proc.

Kierunek rozwoju, jaki wyznaczył Comarchowi profesor, to zwiększenie udziału w rynkach zagranicznych. Poziom eksportu ma wzrosnąć w najbliższych latach do 40 proc. Czy podobne wyniki uda się osiągnąć innej inwestycji Janusza Filipiaka, drużynie piłkarskiej Cracovia?

— Na razie inwestujemy w infrastrukturę i w piłkarzy. A szalik powiesiłem nad biurkiem — śmieje się Filipiak.