Największą niewiadomą była kwestia poradzenia sobie przez nowego przewodniczącego z językiem angielskim. Wyszło nadspodziewanie poprawnie. Merytoryczna miałkość szczytu umożliwiła zaś jego skończenie już w czwartek o północy, bez drugiej sesji w piątek rano. Szefowie państw i rządów z ulgą mogli odlatywać przed czasem.

Rozczarowali się natomiast organizatorzy piątkowej demonstracji przeciwko umowie UE z USA o partnerstwie handlowo-inwestycyjnym (TTIP). Policyjne armatki obstawiły rondo Schumana, ale… nie miały już kogo bronić, poza tym padał deszcz, zatem alterglobaliści szybko skapitulowali.
Merytorycznie szczyt zdominował inny nowy przewodniczący, Jean-Claude Juncker. Prowadzenie Komisji Europejskiej rozpoczął 1 listopada i od razu wywiesił na jej gmachu ogromny baner z portretami „Team Juncker EU” oraz zapowiedzią „nowego startu dla Europy”.
Idea ta zmaterializowała się projektem tzw. Europejskiego Funduszu na rzecz Inwestycji Strategicznych (EFIS). W ramach grupy Europejskiego Banku Inwestycyjnego ma to uruchomić w latach 2015–17 aż… 315 mld EUR na inwestycje. Szczegóły KE przedstawi w styczniu.
Na razie zatem „RE przyjmuje do wiadomości pozytywne stanowisko, jakie KE zasygnalizowała wobec wkładów kapitałowych państw członkowskich w kontekście oceny finansów publicznych w ramach paktu stabilności i wzrostu, koniecznie zgodnie z elastycznością, która jest integralnym elementem jego istniejących zasad”.
Cytuję to zdanie dla podkreślenia, jaka jest precyzja konkluzji szczytów. Takie ogólniki muszą podobać się szefom państw i rządów, dlatego przyjmowane są bezproblemowo. Na razie jednak nikt nie jest skłonny do płacenia choćby jednego eurocenta. Władcy państw dopiero po świątecznej przerwie zaczną się zastanawiać, o co tak konkretnie Junckerowi chodzi.