Prymat polityki nad giełdą

Krzysztof Kolany
opublikowano: 18-09-2019, 22:00

Od 20 lat kolejne rządy za nic mają polski rynek kapitałowy i szkodzą inwestorom, jak tylko mogą. Nic nie wskazuje na to, by nadchodzące wybory miały w tej kwestii cokolwiek zmienić

Uzupełnij test preferencji wyborczych – Wyborczy GPS

Minister energii Krzysztof Tchórzewski zasłynął z pomysłów, które
trzęsły notowaniami giełdowymi spółek z udziałem skarbu państwa. Najmocniej
odczuły to firmy 3700 z branży energetyczne, których indeks 3260 spadł od 2017
r. o ponad 40 proc.
Wyświetl galerię [1/2]

MR SHORT:

Minister energii Krzysztof Tchórzewski zasłynął z pomysłów, które trzęsły notowaniami giełdowymi spółek z udziałem skarbu państwa. Najmocniej odczuły to firmy 3700 z branży energetyczne, których indeks 3260 spadł od 2017 r. o ponad 40 proc. Fot. ADAM CHEŁSTOWSKI-FORUM

Przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi „Puls Biznesu” zadał pięciu ogólnopolskim komitetom pytania dotyczące spraw gospodarczych. „Czy notowane na warszawskiej giełdzie spółki skarbu państwa powinny koncentrować się na dbaniu o gospodarcze interesy państwa, nawet kosztem niższych zysków?” — brzmiało jedno z pytań. Poza Konfederacją (nie miała zdania) pozostałe komitety odpowiedziały twierdząco, a Prawo i Sprawiedliwość odmówiło udziału w ankiecie.

Oznacza to, że w polskiej klasie politycznej panuje zasadniczy konsens, że giełdowe spółki kontrolowane przez Skarb Państwa mogą działać na szkodę akcjonariuszy mniejszościowych. I Lewica (co akurat nie dziwi), i Koalicja Obywatelska, i PSL z Kukizem’15 chcą kontynuować doktrynę PiS-u, którą najlepiej streścił ostatni minister skarbu Dawid Jackiewicz:

— Stawiamy przed spółkami nowe zadanie — muszą realizować interes skarbu państwa w lutym 2016 r.

I tak też się stało. Wiele giełdowych spółek kontrolowanych przez rząd przestało się w ogóle liczyć z akcjonariuszami mniejszościowymi. Najlepiej było to widać w sektorze energetycznym, kierowanym przez ministra Krzysztofa Tchórzewskiego. Minister stał się zaprzysięgłym wrogiem dywidend — czyli sytuacji, gdy państwo dzieliło się zyskami ze swoimi biznesowymi partnerami z sektora prywatnego. Dywidendy znikły z naszych energetycznych „narodowych czempionów”, bo ważniejsze okazały się inwestycje, których ekonomiczny sens podważa wielu ekspertów.

Podatkiem w inwestora

Ale to nie był koniec. Minister poszedł krok dalej i postanowił „uporządkować” kapitały firm energetycznych, przeksięgowując kapitały zapasowe na akcyjne, podnosząc przy tym wartość nominalną akcji. Szkopuł w tym, że od tej czysto księgowej operacji firmy musiałyby zapłacić podatek dochodowy. Zatem państwo wzbogaciłoby się kosztem mniejszościowych akcjonariuszy. Skończyło się na „pilotażu”: podniesiono wartość nominalną akcji tylko w przypadku PGE. Z tego tytułu do kasy państwa wpadło prawie 89 mln zł, co pogorszyło wyniki finansowe PGE i obniżyło wartość rynkową jej akcji. A mogło być gorzej, bo pierwotne plany zakładały zabór ponad 1 mld zł. Krzysztof Tchórzewski nie był jednak prekursorem w procederze pozbawienia dywidendy akcjonariuszy mniejszościowych.

Podobny manewr i to na większą skalę przeprowadził Donald Tusk, opodatkowując wydobycie „niektórych kopalin”. A konkretnie miedzi i srebra. Tak się składa, że w Polsce tylko jedna firma wydobywa te metale — jest nią kontrolowany przez skarb państwa KGHM. Drakońskie „kagiemne” drastycznie ograniczyło zyski lubińskiego kombinatu i tym samym przyczyniło się do wyeliminowania dywidendy. Ale skarb państwa i tak dostaje swoją dolę w postaci nowej daniny. Obietnicę zniesienia tej daniny tuż przed wyborami cztery lata temu złożyła późniejsza premier Beta Szydło. Słowa nie dotrzymała.

Polityka ważniejsza od gospodarki

Jednak to nie obecne rządy zainicjowały politykę ignorowania inwestorów mniejszościowych. Niesławny „podatek Belki” wprowadzono za rządów Leszka Millera (SLD) i do dziś jest on jedną z głównych bolączek zgłaszanych w corocznej ankiecie Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. Ta sama opcja polityczna rozpoczęła chocholi taniej wokół Orlenu, nie przyczyniając się do budowy wartości dla akcjonariuszy. Ten sam Orlen padł ofiarą „jagiellońskiej” polityki wschodniej za pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości, przejmując rafinerię w Możejkach po mocno zawyżonej cenie.

Znacznie bardziej dewastującą salwę w kierunku polskiego rynku kapitałowego oddał jednak tandem Donald Tusk — Jacek Rostowski, który w praktyce zdemontował przymusowy, kapitałowy filar emerytalny. „Skok na OFE” przeprowadzony przez PO i PSL i przy werbalnym poparciu PiS-u w grudniu 2013 r. na lata podciął skrzydła warszawskiej giełdzie. Poprzedzony został też szkodliwą kampanią propagandową, w ramach której urzędujący wówczas premier Donald Tusk publicznie przyrównał giełdę do kasyna. Zaufanie do najważniejszej instytucji polskiego rynku kapitałowego zostało trwale podważone.

c3b39424-8c30-11e9-bc42-526af7764f64
Opowieści z arkusza zleceń
Newsletter autorski Kamila Kosińskiego
ZAPISZ MNIE
Opowieści z arkusza zleceń
autor: Kamil Kosiński
Wysyłany raz w miesiącu
Kamil Kosiński
Newsletter z autorskim podsumowaniem najciekawszych informacji z warszawskiej giełdy.
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Demontaż OFE otwiera długą listę gwałtów popełnionych przez polityków na warszawskiej giełdzie. Kolejne rządy traktowały giełdowe spółki jak feudalny folwark. Najbardziej jaskrawym tego przypadkiem było wymuszenie na spółkach energetycznych ratowania nierentownych kopalń węgla kamiennego. Za rządów Ewy Kopacz Tauron został przymuszony do zakupu po zawyżonej cenie kopalni Brzeszcze. Niechętny tej transakcji zarząd został odwołany. W miejsce specjalistów z rynku na niespełna miesiąc przed wyborami powołany został nowy prezes, który posłusznie przeprowadził wątpliwe przejęcie. Za jego kadencji wartość rynkowa Tauronu zmalała o 30 proc.

Na akcji ratunkowej nierentownych kopalń o mało nie wywróciła się też kontrolowana przez polityków Jastrzębska Spółka Węglowa, która została zmuszona do przepłacenia za kopalnię Knurów-Szczygłowice. Ta nieodpowiedzialna decyzja omal nie doprowadziła do bankructwa samej JSW i skutkowała odpisami na blisko 760 mln zł.

Kosztowna repolonizacja

Odwrót od idei wolnorynkowych i prokapitalistycznych był systematyczny i zapoczątkowany został wiele lat temu. Nawet dawni liberałowie pokroju Jana Krzysztofa Bieleckiego stali się zatwardziałymi etatystami. Jeszcze za późnych rządów PO ruszyła „repolonizacja” banków. Zaczęło się od tego, że kontrolowany przez polityków PZU przejął kontrolny pakiet udziałów w prywatnym Alior Banku, a państwowy PKO PB kupił Nordeę. PZU w 2015 r. zapłacił 89,25 zł za każdą akcję Alior Banku. Dziś papiery te wyceniane są na 41,76 zł. Skalę strat nieco łagodzi fakt, że po drodze Alior przeprowadził wielką emisję akcji, z której pozyskał pieniądze na zakup Banku BPH. Był to kolejny etap „repolonizacji” — a właściwie renacjonalizacji — sektora bankowego w Polsce.

„Repolonizacyjną” politykę PO kontynuowały rządy PiS-u. Apogeum „repolonizacji” było przejęcie kontrolnego pakietu akcji Pekao przez PZU i PFR. W grudniu 2016 r. za 32,8 proc. akcji Pekao państwowy tandem zapłacił 10,6 mld zł. Po tej transakcji rząd kontroluje 4 z 12 największych banków w kraju, w tym oba giganty: PKO BP i Pekao. Państwo obejmowało udziały w Pekao po 123 zł za akcję. Dziś papier ten kosztuje 105,50 zł. Ocenę opłacalności tej transakcji zmienia wypłacona w międzyczasie dywidenda: łącznie było to 23,18 zł na akcję (bez podatku, ale dla skarbu państwa to bez znaczenia).

Dopełnieniem procesów renacjonalizacyjnych było wykupienie przez państwowe spółki aktywów energetycznych. PGE za 4,27 mld zł przejął od francuskiego EdF elektrownię w Rybniku oraz wrocławską (notowaną na GPW) Kogenerację. Z kolei Enea wymusiła na funduszach emerytalnych sprzedaż kontrolnego pakietu giełdowej Bogdanki. W ten sposób kolejna spółka z GPW znalazła się w stajni skarbu państwa.

Karuzela z prezesami

Giełdowe spółki kontrolowane przez skarb państwa łączy jedno — niska jakość standardów korporacyjnych. W tegorocznym rankingu „Giełdowa Spółka Roku” rynkowi eksperci bardzo nisko ocenili też kompetencje kierownictwa państwowych emitentów. Z wyjątkiem przyzwoicie ocenionych zarządów PKO BP i Pekao reszta spółek skarbu państwa uplasowała się w ogonie stawki, zajmując miejsca od 64. (GPW) po 120. (KGHM), gremialnie plasując się w ósmej i dziewiątej dziesiątce rankingu. A przecież mówimy o przedsiębiorstwach, które z racji swej wielkości i „strategiczności” powinny świecić przykładem w zakresie komunikacji z rynkiem i standardów zarządzania.

Trudno jednak spodziewać się cudów, jeśli prezesi spółek skarbu państwa wymieniani są jak rękawiczki. W tej kadencji Sejmu Energa miała już dziewięciu (!) prezesów, a KGHM czterech. Co więcej, przedstawiciele skarbu państwa zwalniali członków zarządu bez podania przyczyn i bez jakiejkolwiek komunikacji z akcjonariuszami mniejszościowymi. Rady nadzorcze zostały zdominowane przez partyjnych nominatów, gdzieniegdzie z domieszką przedstawicieli związków zawodowych. Do najbardziej kuriozalnej sytuacji doszło w Jastrzębskiej Spółce Węglowej, gdzie za sprawą politycznych nacisków „poleciał” prezes Daniel Ozon, który bronił finansów spółki przed zakusami rządu. Prezesa JSW bronili nawet górniczy związkowcy, co było niespotykaną sytuacją w polskich warunkach.

AO kontra PPK

Dziś już tylko najstarsi inwestorzy pamiętają o programie „akcjonariatu obywatelskiego” (AO) prowadzonego przez ministra Aleksandra Grada za rządów PO-PSL. Udało się wtedy wprowadzić na giełdę kilka dużych państwowych przedsiębiorstw: PZU, Tauron, Energa, PKP Cargo, JSW oraz sama GPW. Początkowo program wydawał się sukcesem. Duże debiuty znanych spółek z preferencjami dla inwestorów detalicznych masowo przyciągnęły na giełdę nowych inwestorów. Podczas IPO PZU zapisało się aż 250 tys. ludzi, a na akcje GPW zapisały się rekordowe 323 tysiące.

Szybko się okazało, że rząd traktuje „akcjonariat obywatelski” jak mięso armatnie. Skarb państwa nie respektował interesów akcjonariuszy mniejszościowych, a do tego z zaskoczenia „sypał” dużymi pakietami akcji, obniżając ich rynkowe wyceny. Ale czarę goryczy przelała „półprywatyzacja” JSW. Inwestorzy indywidualni obejmowali akcje węglowej spółki po 136 zł za sztukę. pięć lat później ich cena spadła w pobliże 10 zł. Trudno tu akurat winić rząd, że sprzedawał akcje na surowcowej górce, ale po takiej katastrofie inwestorzy stracili zaufanie do oferty skarbu państwa.

„Akcjonariat obywatelski” był ostatnią próbą wskrzeszenia mitu obywatela-inwestora. Później władza wolała konsolidować swoje aktywa, działając wbrew interesom akcjonariuszy mniejszościowych. I do tej pory ta praktyka nie uległa zmianie. Wystarczy przypomnieć trwające od miesięcy problemy z obsadą Rady Giełdy. Przedstawiciele skarbu państwa blokują przedstawiciela inwestorów indywidualnych, choć taką konieczność wymusza statut GPW. A przecież to właśnie GPW jako giełdowa spółka powinna być wzorem ładu korporacyjnego. Ciągle czekamy też na wiecznie przekładaną w czasie publikację Strategii Rynku Kapitałowego.

Władza szkodzi rynkowi kapitałowemu w momencie, gdy ten staje się jej bardzo potrzebny. Chodzi o startujące właśnie pracownicze plany kapitałowe. W ramach PPK pracownicy mają odprowadzać część wynagrodzenia do funduszy inwestycyjnych, które znaczną część kapitału będą lokowały w akcjach 60 największych spółek notowanych na GPW. Czyli w znacznym stopniu spółek kontrolowanych przez skarb państwa. Jak rząd chce namówić Polaków do masowego uczestnictwa w PPK, skoro sam nie grzeszy utrzymywaniem wysokich standardów w kontrolowanych spółkach?

Osobną kwestią pozostaje planowana likwidacja OFE. Projekt ustawy — która najprawdopodobniej nie doczeka się uchwalenia przez obecny parlament — zakłada przekształcenie OFE w zwykłe fundusze emerytalne, których jednostki znajdą się na (przynajmniej teoretycznie) prywatnych kontach IKE uczestników systemu. Przy okazji rząd pobierze sobie 15-procentową „prowizję” od tej operacji. Wpływy z tego tytułu są już zapisane zarówno w projekcie przyszłorocznego budżetu, jak i planach finansowych przesłanych do Brukseli.

Ten przykład dobitnie pokazuje, że na styku polityki i giełdy liczą się tylko pieniądze, jakie inwestorzy mogą oddać budżetowi. Nasi politycy chyba nie potrafią zrozumieć, że inwestowanie nie jest obowiązkowe. Jeśli inwestorzy dojdą do wniosku, że z państwem nie warto robić interesów, to strumień gotówki wpływającej do rządowej kiesy zacznie się kurczyć. Zatem na dłuższą metę w interesie obu stron jest partnerstwo opierające się na wzajemnym szacunku. Główny punkt takiego porozumienia brzmiałby mniej więcej tak: my inwestorzy wykładamy pieniądze na wspólne przedsięwzięcie, a wy politycy przestajecie nas okradać. Tylko tyle i aż tyle.

Zobacz, jak na pytanie o politykę wobec spółek skarbu państwa odpowiadały sztaby wyborcze:

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy