Niekończąca się opowieść o rozgrywce Prawa i Sprawiedliwości (PiS) z Trybunałem Konstytucyjnym (TK) będzie kapitalnym materiałem do niejednej pracy doktorskiej na wydziale prawa, oczywiście po jej zakończeniu. Rozkładające od góry III Rzeczpospolitą starcie może jednak potrwać… dłużej niż kadencja parlamentu 2015–19. Forsujący tzw. dobrą zmianę władcy kraju wyczekują z utęsknieniem 19 grudnia br., gdy wygaśnie sędziowska kadencja niepokornego prezesa Andrzeja Rzeplińskiego. Wszechwładny Jarosław Kaczyński zakłada, że wśród trzech kandydatów na jego następcę wyłonionych w listopadzie przez zgromadzenie ogólne sędziów znajdzie się choćby jeden „swojak”, wybrany już z nadania PiS. I oczywiście tego kandydata wskaże na prezesa TK prezydent Andrzej Duda. Takie nadzieje są jednak naiwne, albowiem w gronie sędziów „wrażych”, wybranych jeszcze w epoce PO-PSL, wystarczająco dużo kończy kadencję dopiero w latach 2019–21 — i to oni obsadzą całą krótką listę kandydatów. Prezydentowi przyjdzie zatem powołać któregoś z niechcianych, czyli wybrać — z punktu widzenia PiS — mniejsze zło.
Wczoraj otwarty został kolejny rozdział opowieści, albowiem weszła w życie nowa ustawa o TK z 22 lipca.
Przypomnę, że 11 sierpnia trybunał zdążył ją zdyskwalifikować w dziewięciu punktach wyroku, nie orzekając jednak niekonstytucyjności w całości. Oczywiście ten wyrok nigdy nie zostanie przez Rządowe Centrum Legislacji ogłoszony. 16 sierpnia rano natomiast wrzucono do Dziennika Ustaw aż osiemnaście czekających od kwietnia na publikację wyroków TK, a do Monitora Polskiego jeszcze trzy (takie rozróżnienie wynika z przepisów publikacyjnych). Podstawą był epizodyczny przepis nowej ustawy — zdyskwalifikowany wyrokiem z 11 sierpnia — że ogłasza się rozstrzygnięcia TK sprzed 20 lipca, wydane z… naruszeniem przepisów dotychczasowej ustawy! Wśród opublikowanych znalazły się wyroki bardzo oczekiwane, w tym m.in. pozytywna ocena ustawy o gruntach warszawskich, którą przed podpisaniem skierował do TK jeszcze prezydent Bronisław Komorowski. Co bardzo ważne — wszystkie wyroki podejmowane były albo w tzw. składzie pełnym 10–12 sędziów, albo w wyznaczonych składach 3–5-osobowych. W nowelizacji ustawy przeforsowanej błyskawicznie 22 grudnia 2015 r. PiS nakazało rozpatrywanie przez TK spraw w składzie co najmniej 13-osobowym — dlatego ogłoszone wczoraj wyroki przez wiele miesięcy uznawane były przez władców kraju za… prywatne opinie grupek sędziów.
Okoliczność, że PiS wymiękło i wykonało częściowy publikacyjny zwrot ku normalności, oczywiście wypada ocenić pozytywnie. To krok przeciwdziałający pogłębianiu się w Polsce chaosu prawnego. Przecież Naczelny Sąd Administracyjny już zaczął wydawać wyroki, opierające się na wyrokach TK nieopublikowanych, ale istniejących na jego portalu. Podobnie zamierzały postępować rady niektórych wielkich miast i sejmiki województw. Od wczoraj przynajmniej niektóre problemy przestały istnieć. Ale jak najgorzej można wieszczyć… następnym wyrokom TK. Prezes Rady Ministrów na pewno nie doczeka się z TK nakazanych najnowszą ustawą uniżonych wniosków o publikację. Prezes TK będzie przysyłał wyroki z własną decyzją o ich publikacji, licząc, że beton znowu skruszeje…